wtorek, 31 stycznia 2017

WOŚPowe warsztaty z Woluminami - zapowiedź!

Woluminy nie śpią! Już w poniedziałek, 6 lutego spotkamy się z grupą przedszkolaków. I będzie to spotkanie niezwykłe, bo będące rezultatem licytacji dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. 
Dowolne działanie czytelnicze, które wystawiałam na stronie elbląskiej WOŚP zainteresowało Panią Magdę. Poprosiła mnie, by przyjść do Przedszkola nr 24 w Elblągu i poczytać dzieciom. Odwiedzimy grupę 4., do której uczęszcza Klara, córka pani Magdy.

Z wielka chęcią! Będę ja i - oczywiście - młodsza superbohaterka - Łucja. 



Najmłodsza, Oliwia, pewnie będzie ratować świat od nieczytania w żłobku. Ale pelerynę też ma, jakby ktoś pytał ;) Tu zdjęcie ze spotkania w przedszkolu Łucji. Jak widać Oliwia też brała czynny udział obserwując bacznie uczestników z fotelika. 



W trakcie poniedziałkowego spotkania będziemy czytać, przeprowadzimy mini warsztaty, a ich rezultatem będzie nie tyle lekcja dla dzieci, co przesłanie dla rodziców ;) 
Promocja czytelnictwa i wsparcie Orkiestry - dwie pieczenie na jednym ogniu. Pani Magda jest wspaniała, po prostu! Dziękujemy i czekamy na propozycje od równie zaangażowanych rodziców i nauczycieli. Więcej o naszej działalności TUTAJ - KLIK i TU - KLIK. 
A po spotkaniu oczywiście relacja.




poniedziałek, 30 stycznia 2017

Konkurs - poleć mi książkę!

Hallo! Jest konkurs! Tak, jak zapowiedziałam na Facebooku, kiedy na blogu stuknęła okrągła pięćdziesiątka (50.000 wyświetleń) pomyślałam, że jest okazja. I wymyśliłam konkurs - poleć mi książkę. 




Zakładając optymistycznie, że czytacie mnie od czasu do czasu, a ów wejścia nie są kliknięciami botów ;) - pewnie mniej więcej wiecie, co mogłoby mi się spodobać. Podpowiedzi oczywiście znajdziecie w recenzjach. W nagrodę książka - wiadomo. Jaka? Czytajcie dalej.




Co zrobić, żeby wziąć udział?

1. Wyraź chęć udziału w komentarzu pod tym wpisem.
2. Również w komentarzu napisz mi tytuł i autora książki, którą mi polecasz - wraz z uzasadnieniem, dlaczego Twoim zdaniem powinnam ją przeczytać, czemu mi się spodoba. Możesz się porządnie rozpisać i śmiało dorzucić link do recenzji na swoim blogu, jednak tylko jako gratis - w konkursie bierze udział wyłącznie odpowiedź z komentarza. Ale uwaga jest haczyk - to musi być książka, której nie czytałam.
3. Wygrywa osoba, która sprawi, że z miejsca pobiegnę do księgarni po dany tytuł ;)
4. Nagroda to książka niespodzianka, którą również dobiorę do zwycięzcy. Jak już zostaniesz wyłowiony - na priv porozmawiamy sobie o TWOICH gustach czytelniczych (a może już je znam ;)). Książka będzie nowa lub jeśli coś znajdę, to z mojej biblioteczki (w stanie bardzo dobrym).
5. Konkurs trwa do poniedziałku 06.02.2017 r. do godziny 23.59. Wyniki dzień - dwa później.
6. Wyniki ogłoszę u siebie, więc warto do mnie zajrzeć, śledzić na FB, dodać do obserwowanych czy coś ;) 7. Będzie super, jeśli puścicie informacje o konkursie dalej. Żeby było z kim walczyć. Konkurs zostanie rozstrzygnięty, jeśli zgłosi się minimum 10 osób.
8. Ze względów bezpieczeństwa nie podawajcie w komentarzach swoich mejli, jeśli to Ty będziesz zwycięzcą - odezwij się do mnie w ciągu dwóch dni od dnia ogłoszenia wyników. Po tym czasie wybiorę nowego zwycięzcę. Pisz na szufladopolka@gmail.com 
9. W konkursie mogą wziąć osoby z adresem korespondencyjnym w Polsce.
10. Baw się dobrze - czas start!





piątek, 27 stycznia 2017

To, co czytam: Zagłada 2029 (2/2017)

Wstępniak:

Wizja postapokaliptycznego świata, jest jedną z tych, w które lubię się zanurzać. Szczególnie fascynujący jest dla mnie sposób odbudowy cywilizacji, uczenia się bycia człowiekiem od nowa. Do zombie też się przekonałam (o czym pisałam tu - klik), a nawet zaliczam motyw do ulubionych. Dlatego, kiedy Radosław Pydyś, autor "Zagłady 2029", zapytał czy zechciałabym przeczytać jego książkę, nie miałam najmniejszych wątpliwości.

Opis z okładki:

Jest rok 2029. Zakończyła się trzecia wojna światowa i cały glob pogrążył się w chaosie. Poupadały rządy niemal wszystkich państw, w tym największe światowe mocarstwa. Pod koniec konfliktu USA zdecydowały się na atak ostateczny – użyto nowo odkrytych szczepów wirusów, które miały zwiększyć siłę i możliwości wojsk amerykańskich. Niosło to jednak za sobą ryzyko i wywołało skutki uboczne… Całą Amerykę Północną opanowały hordy zombie i jeszcze groźniejszych łowców, które wkrótce przeniosły się także na pozostałe kontynenty.

Czy w skonfliktowanej, powojennej rzeczywistości człowiek może liczyć na kogokolwiek poza samym sobą? Jak wiele można znieść, kiedy coraz trudniej znaleźć sens życia i nadzieję? Czy można w ogóle mówić o zachowaniu człowieczeństwa w postapokaliptycznym świecie? 


Ocena:

Trudno nazwać oryginalnym pomysł osadzenia akcji w postapokaliptycznym świecie opanowanym przez zombie. Tak samo, jakby wymagać wymyślenia motywu  nieszczęśliwiej miłości. Grunt, to umieć opowiedzieć ją od nowa. I tych nowości, w moim odczuciu, u Radosława Pydysia nie brakuje. Przede wszystkim, zanim rzuca nas w wir akcji, wyjaśnia, jaka jest geneza zagłady. Chociaż historię poznajemy już w prologu, co nie do końca popieram, bo dawkowanie jej w fabule dodawałoby aury tajemniczości, to sam pomysł wprowadzenia czytelnika w temat oceniam pozytywnie.
Świat przedstawiony przez Radosława Pydysia jest jakby na granicy - zombie opanowały już świat, ale nie brakuje też dobrze zorganizowanych społeczności - z nowymi zasadami, nierzadko autorytarnymi rządami, ale są. Autor nie szczędził uczestnikom zdarzeń niebezpieczeństw - zombie i ich zmodyfikowana, inteligentniejsza wersja - atakujący wyłącznie nocą łowcy to tylko jedna strona medalu. Są jeszcze ludzie, którzy chcą  rządzić nowym światem po swojemu i uciekają się do prymitywnych instynktów, jakby sami byli zainfekowani. Naprawdę bohaterowie "Zagłady..." mieli przed czym uciekać. Sama fabuła i rozwój wydarzeń były nawet wciągające, autor na pewno ma wyobraźnię. Wykorzystany motyw powieści drogi też mnie przekonuje.

Ale... powtórzenia, powtórzenia i jeszcze raz powtórzenia (tak, moje trzykrotne powtórzenie to celowy zabieg). Monotonia stylistyczna, nadużywanie tych samych fraz, a przede wszystkim  sztuczne pompowanie treści. Ta sama sytuacja opisana przez wszechwiedzącego narratora, potem czytelnik poznaje ją z perspektywy bohatera, który następnie przedstawia sprawę kolejnej osobie. Pomijając, że jest to nużące i sprawia wrażenie stworzonych na siłę retardacji (opóźnienia akcji przez opisy), to dodatkowo nie zostawia pola dla czytelnika. Można odnieść wrażenie, że autor narzuca sposób odbioru fabuły czy zachowań bohaterów, momentami  traktował czytelnika wręcz protekcjonalnie, jakby bał się, że ten nie zrozumie o co chodzi, więc trzeba mu wytłumaczyć. Trzy razy.
"Zagłada 2029" to pozycja wydana na zasadzie self publishing  i niestety naprawdę widać tu braki porządnej redakcji. Obecności redaktora, który potrząsnąłby autorem i powiedział "Halo, tego jest tu za dużo". Pisanie, to również (trudna) sztuka rezygnacji. Z ulubionych słów, ukochanych fragmentów, "genialnych" scen. Szukałam w sieci strony firmy, która zgodnie z informacją w książce zajmowała się jej redakcją. Niestety jedyne co zobaczyłam to komunikat: "Nie odnaleziono serwera". ;(

Akcja książki rozgrywa się w Ameryce, jednak główny bohater ma polskie korzenie. Płynąca w jego żyłach krew szczególnie daje o sobie znać w tajemniczych snach. To ciekawy zabieg autora. Z jednej strony akcję można było po prostu osadzić w Polsce, ale z drugiej może właśnie kontrast sprawił, że fragmenty o podbojach Mieszka czy bitwie pod Grunwaldem stały się bardziej wyraziste. Jednak, o ile forma przedstawiania dziejów Polski wydała mi się interesująca, to niestety wpleciony w fabułę patriotyzm level hard - mniej. Oprócz tej prawdziwej (oczywiście subiektywnej wizji) historii, autor przedstawiał też fikcyjną, dopisaną, np. zachowania polskich żołnierzy w trakcie trzeciej wojny światowej, poprzedzającej epidemię zombie. I niestety, przedobrzył. Zaczęło się dostojnie, a skończyło karykaturalnie. Oczywiście, Polska przeszła swoje, a Polacy doświadczyli niejednego, ale przedstawianie jej jako jedynej nieugiętej nacji i wrzucanie (a właściwiej tworzenie nowej) martyrologii narodu polskiego do książki o krwiożerczych bestiach z jednej strony jest wręcz niesmaczne, z drugiej komiczne.

Co do samego bohatera - to taki mix Jamesa Bonda, Toma Cruise'a z Mission Impossible i MacGayvera. Wszystko wie, umie, wszystkich pokona, wszystkie rozumy pozjadał. Nieco irytujący cwaniaczek, ale za to wrażliwy. Da się polubić, jednak mógłby dopuścić do siebie myśl, że inni ludzie też mają mózgi.

Książka z zakończeniem otwartym i naprawdę chętnie dowiedziałabym się, co wydarzy się dalej.

Podsumowując: plusy za fabułę, przedstawienie własnej wizji postapo z zombie w tle, w tym wyjaśnienie czytelnikowi początków zagłady oraz za ciekawy sposób przywołania polskiej historii. Natomiast zdecydowanie potrzeba tu pracy nad warsztatem. Ale to jest do zrobienia. 

Tradycyjna ocena 6/10


Za przekazanie egzemplarza recenzenckiego dziękuję autorowi.

Gratis:

Poniżej prezentuję zdjęcie spersonalizowanej dedykacji od autora. Jej treść nawiązuje do naszej korespondencji mejlowej, ale o o czym pisaliśmy, niech zostanie między nami ;). 
Muszę natomiast wytłumaczyć jak to się stało, że wpis jest, delikatnie mówiąc, niewyraźny. Biję się w pierś, ale nieopatrznie położyłam książkę na mokry parapet. Wiecie, otwarte okno, zaczyna padać śnieg z deszczem, czytam, chcę zamknąć i taka sytuacja... W każdym razie będzie czujni, bo "koniec jest bliski".






czwartek, 19 stycznia 2017

#1 Trzy fakty z książki: Latarnia Umarłych, Leszek Herman

Czy wiecie, że Polskę nawiedziło tsunami? I to nie raz. Natomiast dno Bałtyku to tykająca bomba - powiedzmy, że kryje "wulkan" wypluwający toksyczne bursztyny. A słyszeliście o tym, że w kilku krajach Europy, w tym w Polsce, stawiano niegdyś latarnie... umarłych? Oto rzeczy, których dowiedziałam się z książki "Latarnia Umarłych" Leszka Hermana. Zapraszam na pierwszy artykuł z cyklu "Trzy fakty z książki".

O samym pomyśle na cykl pisałam TUTAJ - KLIK. Tu jeszcze dwa słowa wprowadzenia i przechodzę do przedstawienia książkowych faktów.

Wyłuskanie takich ciekawostek z książki może wiązać się z pewnego rodzaju spojlerowaniem, to nieuniknione. Spokojnie, nie zamierzam tu zdradzać, kto jest mordercą ani czy bohaterowie żyli długo i szczęśliwie (do tego służy osobny cykl - klik). Będą to suche fakty, które autor umiejętnie wplótł w fabułę. Przedstawię je już zweryfikowane, rozbudowane i przede wszystkim wyrwane z kontekstu, bez nawiązywania do akcji książki, bazując na innych źródłach. Mam nadzieję, że rozbudzę nimi tylko waszą ciekawość, przez co chętniej zabierzecie się do lektury.







FAKT 1
Polskę nawiedziło tsunami

Nie jakiś tam sztorm. Tsunami! Gigantyczna fala, która potrafi zalać całe miasta. Taka, jaka kojarzy nam się z filmami katastroficznymi, a jeśli z faktami, to gdzieś w Azji. Natomiast Darłowo, w którym toczy się akcja "Latarni Umarłych" ucierpiało w jego wyniku przynajmniej dwa razy. Co prawda w średniowieczu, ale jednak. 
Największy atak żywiołu miał miejsce 16 września 1497 roku, kiedy słone wody wlały się, według różnych źródeł, 1,5 km - 4 km w głąb lądu, zalewając oprócz Darłowa także Darłówek i Kołobrzeg. Wielka woda wyrzuciła na ląd cztery statki, a wysokość fali mogła mieć od trzech do nawet dwudziestu metrów wysokości. Przez kataklizm ucierpiał port, a co za tym idzie interesy, wszak porty były ośrodkami handlowymi. Fala zalała gospodarstwa domowe, niszcząc budynki, uprawy i zabijając zwierzęta hodowlane. Zatrzymała się przy murach kaplicy Św. Gertrudy, stojącej na 22-metrowym wzgórzu.
Dowodem na to zdarzenie są kroniki klasztorne oraz późniejsze badania, które wykazały obecność piasku morskiego głęboko na powierzchni lądu.

Dla mnie to całkowita nowość, nie uczono mnie o tym ani na geografii, ani na historii, nie trafiłam na to wcześniej w sieci. Jednak mieszkańcy Darłowa i okolic mogą o tym wiedzieć, zwłaszcza że co roku im się o tej historii przypomina. Średniowieczne władze świeckie i kościelne ustanowiły nabożeństwo i marsz pokutny upamiętniający tamtejsze wydarzenia. Dwie dekady temu powrócono  do tej tradycji. Co roku we wrześniu przez miasto rusza procesja. Przyczyną kataklizmu najprawdopodobniej było trzęsienie ziemi w Skandynawii.

Nie był to odosobniony przypadek. W 1558 seria potężnych sztormów zalała Łebę, w 1757 roku tsunami zniszczyło port w Mrzeżynie, a blisko trzysta lat po pierwszym ataku, w 1779 roku, wielka fala powróciła do Darłowa, również niszcząc port.

Jeśli oprócz czytania, sami piszecie, możecie spokojnie akcję książki z tsunami w tle umiejscowić w Polsce. I wcale nie musi to być pozycja z gatunku fantasy.

Chcecie więcej? Klikajcie na źródła weryfikacji: tvn24.pl, ekologia.pl



 FAKT 2
 Niebezpieczne chemikalia spoczywają na dnie Bałtyku...
... i trafiają na brzeg


Lubicie zbierać bursztyny nad polskim morzem? To uważajcie, bo mała pomarańczowo-miodowa grudka wcale nie musi być bałtyckim skarbem. Raczej klątwą. Takie grudki to iperyt - śmiertelnie niebezpieczna trucizna.

Dno Morza Bałtyckiego to, jak pisałam na początku, tykająca bomba. Zalegają na nim "pamiątki" po drugiej wojnie światowej, takie jak torpedy czy  broń chemiczna, między innymi właśnie iperyt. W latach czterdziestych Niemcy i Rosja będące w posiadaniu gazów bojowych z racji wysokich kosztów neutralizacji trucizn postanowiły je zatopić. Dla bezpieczeństwa powinno się zrobić to przynajmniej na głębokości tysiąca metrów. Niestety, ktoś znowu poszedł na łatwiznę i ogromne ilości trucizn trafiły do Bałtyku, który nawet w najgłębszych miejscach nie ma 500 metrów.
Morskie dno ugina się od niebezpiecznych ładunków, w Bałtyku zatopionych jest 250 tysięcy ton amunicji, w tym 65 tysięcy ton stanowią gazy bojowe. I prawdopodobnie są to zaniżone dane.

Wydobywający się z rdzewiejących i rozpadających się beczek iperyt przybiera formę właśnie pomarańczowych kamyczków, przypominających bursztyny i trafia do rybackich sieci, a także nad brzeg morza. Marny los zbieracza, który się pomyli. Ogrzany w dłoni osiąga temperaturę 1300 stopni Celsjusza i z pewnością wyżre mu skórę. I nie piszę tego tylko po to, by was straszyć, raczej uczulić, bo na wybrzeżu zdarzały się już wypadki spowodowane trującymi powojennymi odpadami. W sumie doszło do ponad dwudziestu wypadków. Najpoważniejszy miał miejsce w 1955 roku, kiedy na plażę w Darłówku morze wyrzuciło przeciekającą beczkę z iperytem. Nieszczęśliwie, bawiły się tam dzieci z koloni. Przez chemiczną substancję czworo z nich straciło wzrok, a 102 osoby uległy poparzeniom.

W mediach znalazłam co prawda jakieś informacje o tym, że niebawem mają ruszyć prace nad wydobyciem trującego gazu, ale żadnych konkretnych danych, a artykuły napisano nawet trzy lata temu. Dowiedziałam się jednak, że prace takie są nie tylko kosztowne, ale także niebezpieczne - jeśli coś pójdzie nie tak, tony broni chemicznej wyleją się do Bałtyku i z pewnością dotrą na brzeg... Pat?



FAKT 3

W Polsce budowano latarnie dla... umarłych


I bardzo możliwe, że je widzieliście, choć  w formie np. przydrożnych kapliczek, na które zostały po latach przekształcone.
To kilku- lub kilkunastometrowe kamienne bądź ceglane budowle w kształcie wieloboku foremnego albo stożka. Tuż pod szczytem konstrukcji znajdowało się puste miejsce - na światło. W mniejszych latarniach można było zwyczajnie postawić w nim świecie, w wyższych na dole montowano drzwiczki oraz mechanizm do windowania, a wewnątrz tych całkiem dużych znajdowały się nawet spiralne schody. Latarnie były tak zaprojektowane, by palące się wewnątrz światło można było dostrzec z każdej strony świata.

Ich obecność była jednoznaczna, w tamtych czasach nie było latarni ulicznych rozświetlających drogę. Jeśli więc jakiś wędrowiec zobaczył palący się ogień, wiedział, że zbliża się do miejsca świętego, związanego ze śmiercią, miejsca, gdzie granica między światem żywych, a zmarłych jest płynna... Latarnie umarłych stawiano przy cmentarzach, ale też w pobliżu szpitali zakaźnych. Stanowiły swego rodzaju ostrzeżenie, żeby lepiej nie zapuszczać się w te rejony.
Z duchowego punktu widzenia zapalone światełko miało wzbudzać do refleksji nad przemijaniem, symbolizowało życie pozagrobowe, miało pomóc zmarłym dostać się do nieba, przypominało o modlitwie za zmarłych, a żywych chroniło przed złymi duchami. W sprawach bardziej przyziemnych służyły po prostu za punkty orientacyjne.
Latarnie umarłych stawiono między XII a XIV wiekiem, pierwsze budowano we Francji, ale stawiano je także w północnych Włoszech, Austrii, Niemczech Polsce i Czechach. Dziś dawne latarnie można na przykład w Centrum Krakowa.



Jak wspomniałam w recenzji książki (klik) ciekawostkami znalezionymi w książce Leszka Hermana zdążyłam już kilka razy zabłysnąć w towarzystwie. W ramach promocji czytelnictwa, oczywiście ;) Potwierdzając argument, że czytanie poszerza horyzonty. Tym samym, chciałabym serdecznie podziękować autorowi za to, że mogłam dowiedzieć się czegoś nowego.
A to przecież dopiero #Trzy fakty z książki ;)


A wy? Wiedzieliście o tym? A może ostatnio trafiliście na takie perełki w innych książkach?

poniedziałek, 16 stycznia 2017

To, co czytam: Zapomniany "Pensjonat" - Piotr Paziński (1/2017)

Jakie są wasze wspomnienia z dzieciństwa? Widzicie je wyraźnie czy ledwo docierają do was zza mgły? Macie teraz przed oczami wspólne pieczenie pierniczków z mamą czy rodzinne wakacje nad morzem? Jak byście je opowiedzieli, by teraz mając cały ten bagaż doświadczeń dorosłego człowieka, nie wydać się śmiesznym, a jednak uszanować dziecięcą niewinność (naiwność)?


Bohater książki Pazińskiego, a mógłby być nim (jest?) sam autor to przedstawiciel trzeciego pokolenia polskich Żydów. Po latach wraca do miejsca, gdzie jako dziecko przyjeżdżał na wakacje - żydowskiego pensjonatu. W książce to pensjonat widmo - bez konkretnej nazwy, miejsca na mapie, zamieszkały przez duchy przeszłości.

"Jak już człowiek jest tym Żydem, to chce posiedzieć wśród swoich"  s.31

Młody mężczyzna odwiedzając miejsce, którego dawniej był stałym bywalcem doświadcza swoistego syndromu emigranta, który wraca do kraju po kilku latach nieobecności. Czuje się już nie u siebie i jeszcze nie jak w domu. Dlatego cofa się w czasie, każde wyjście z pokoju czy spacer po ogrodzie to podróż w przeszłość. Wspomnienia mieszają się z rzeczywistością - raz idzie pustym korytarzem, by już za chwilę usiąść w zatłoczonej jadalni pełnej ludzi. Ludzi, których dziś nie ma ani w pensjonacie, ani wśród żywych.

Listy pisane piórem, krojem, jakim nikt dzisiaj nie pisze. Kto je teraz przeczyta? s.24

I mimo że narracja przybiera formę wspomnień, a tematem są Żydzi, nie jest to książka historyczna czy wstrząsająca powieść o martyrologii narodu żydowskiego. Oczywiście nie brakuje w niej nawiązań do wojny, ale zdecydowanie nie jest to lament nad ich losem. Jest historia Żydów, ale częściej ta starożytna niż wojenna. Są głębokie przemyślenia, jest refleksyjnie, bywa melancholijnie, ale autor używa też ironii, cechuje się dystansem.
Nie będę czarować, nie jest to szczególnie znana mi tematyka. Wiem, tyle co ze szkoły i przekazów medialnych. Ale to wcale nie przeszkadza w odbiorze tej książki, bo dla mnie bohaterem "Pensjonatu" nie jest ani owy młody mężczyzna, ani nawet naród żydowski, nie jego, i nie ich historia, ale przeszłość w ogóle. Jako odrębny byt. To powieść o przemijaniu, o starzeniu się, o tym jak potrafimy się z tym (bądź nie) pogodzić i jakie lekcje z przeszłości umiemy pobrać.

Czego tak naprawdę szukał bohater Pensjonatu i czy to znalazł, dowiecie się czytając książkę, którą serdecznie polecam. Mogę jednak powiedzieć, co w nim znalazłam ja. Prawo do wspomnień.
Marek Grechuta śpiewał, że "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy" - zgadzam się z tym. Ciągłe rozpamiętywanie dawnych "lepszych" czasów, rozdrapywanie starych starych ran, życie przeszłością, nostalgia czy obrażanie się na rzeczywistość lub zaprzeczanie jej, bo "kiedyś tak nie było" nie jest korzystne ani dla otoczenia, ani dla nas samych, dla naszej kondycji psychicznej, funkcjonowania tu i teraz. Można jednak wystrzegając  się tego, uszanować przeszłość, czerpać z niej to, co najlepsze.

"Zawsze kiedyś bywało lepiej. Tak jest ten świat urządzony" s.28

Poza tym, nie ma się co oszukiwać, to kim jesteśmy dzisiaj, wynika z tego, co wydarzyło się w naszej przeszłości. Można wyznawać zasadę, że trzeba iść do przodu, ale ta nowa ścieżka, którą idziemy zbudowana jest przecież z naszych doświadczeń (to gentelmeńska nazwa błędów ;))
Znajdźmy balans. Szanujmy przeszłość, pamiętając przy tym, że nie mamy już na nią wpływu. Dokładnie odwrotnie jest z tym, co jest przed nami. Możemy kreować przyszłość, czerpiąc z własnych doświadczeń. Wracajmy do tego, co było, jeśli mamy taką potrzebę. Tylko nie zatraćmy się w tym. Takie, osobiste, przesłanie wczytałam między wierszami książki Piotra Pazińskiego.  Zachęcam do lektury "Pensjonatu" byście odkryli własne.

Mogłabym skończyć na tej puencie, ale muszę jeszcze napisać o stylu autora.  Piękna proza poetycka, wzruszająca, inteligentna i zabawna jednocześnie. Najczęściej piszę, że to fabuła i temat książki wbiły mnie w fotel, tym razem był to język. Co zdanie to lepsze, co zaznaczyłam sobie fragment, by zacytować go na blogu, to pojawiał się kolejny, lepszy, piękniejszy.
"Pensjonat" to literatura artystyczna, sztuka słowa, magia.



Ocena tradycyjna: 8/10
Moja ocena: wyższa półka

***

"Pensjonat" został nagrodzony Paszportem Polityki w 2009 roku oraz Nagrodą Literacką Unii Europejskiej 2012.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Nisza 



To druga książka Wydawnictwa Nisza jaką czytałam, poprzednią były "Sztuczki" Joanny Lech  (recenzja - klik). Już wiem, że to mocne, wymagające książki, dlatego muszę je sobie odpowiednio dozować. Jedna z "Niszy", kilka innych. Następna w kolejce jest książka Jarka Westermarka, pt. "Opowiadania, które napisałem". I już nie mogę się doczekać.

wtorek, 10 stycznia 2017

Lokowanie wiedzy, czyli trzy fakty z książki

Lubię otulona ciszą zatopić się w lekturze. Nic nie relaksuje mnie tak, jak chwila z książką. Zgadzam się z Wisławą Szymborską, że "czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. 

Spędzanie czasu z książką to moja ulubiona rozrywka, hobby, pasja. Słowem, sama przyjemność.  Czasem czytam, by oderwać się od rzeczywistości, czasem by lepiej ją zrozumieć. A najlepiej kiedy jedno z drugim się łączy.  

Uwielbiam pomiędzy rozwiązywaniem zagadki kryminalnej a rozpracowywaniem portretu psychologicznego bohatera dowiedzieć się czegoś nowego. Lubię, kiedy autorzy w swoich książkach przemycają wiedzę, upychają ją między stronami, którą my, czytelnicy pochłaniamy przez przypadek, jakby od niechcenia.
Od kilku lat w mediach i popkulturze mamy do czynienia z szeroko pojętym lokowaniem. W programach i serialach najczęściej lokują (czytaj reklamują) produkty, czasem idee lub miasta. Te ostatnie także w książkach. A co z lokowaniem wiedzy? Ile nowych rzeczy dowiadujecie się czytając książkę, ile ciekawostek poznajecie, jak często zdarza wam się przecierać oczy ze zdziwienia, wygłaszać pochwały dla autora, weryfikować fakty znalezione w powieści w innych źródłach. Mi coraz częściej.
Oczywiście, poszerzanie horyzontów, pobudzanie wyobraźni czy wzbogacanie słownictwa to zalety czytania powtarzane odkąd tylko ludzi namawia się do tej aktywności. Ale czy pamiętacie, czego dowiedzieliście się z konkretnej książki? Kiedy informacja wygrzebana przez autora z woluminów na zapleczu biblioteki trafi do książki, pamiętacie jego nazwisko? Czy zostaje nam tylko "gdzieś tam czytałem..."?
Książka z dobrze zakamuflowaną wiedzą mogłaby służyć zamiast podręcznika. Tu przyjemność, a wiedza sama do głowy wchodzi ;)

Chciałabym uszanować autorów, którzy odrabiają pracę domowe. Ruszam więc z cyklem, w którym będę prezentowała trzy fakty/ciekawostki/nowinki, na które trafiłam w wybranej książce. Czasem będzie to coś, o czym nie wiedziałam, czasem zwrócę uwagę na wiedzę, nazwijmy ją powszechnie znaną, ale ciekawie użytą w książce, oryginalnie wplecioną w fabułę itp.

Zapraszam na Trzy fakty z książki.

Wypatrujcie pierwszego wpisu - podzielę się trzema faktami z "Latarni Umarłych" Leszka Hermana.

niedziela, 8 stycznia 2017

To, co czytam: "Latarnia umarłych" Leszek Herman

"Latarnia umarłych" to wymagająca pozycja, nie tylko ze względu na swoje gabaryty, ale także, a raczej przede wszystkim na treść. Jest naszpikowana informacjami, wątkami historycznymi, a to w połączeniu z fantazją autora i rozbudowaną intrygą wymaga od czytelnika koncentracji.

Mnie szczególnie ciężko było wgryźć się w początek. Rozpraszało mnie kilka rozpoczętych wątków - tu jakieś połowy na Bałtyku, na kolejnej stronie akcja przenosi się kościoła, by zaraz potem zabrać czytelnika na przejażdżkę konną z hrabią Wilhelmem. Pourywane fragmenty drażniły mnie i nieco nużyły. Okazało się jednak, że na zasadę Hitchcocka nie trzeba było długo czekać, bo trzęsienie ziemi, a ściślej wybuch, jednak się pojawił. Wstrząsnął czternastą stroną książki. Wtedy pękła tama i zaczęłam czytać z zaciekawieniem, ale czy popłynęłam z nurtem wydarzeń?

"Zamek zatrząsł się w posadach, a po chwili kustosza dobiegł dźwięk pękającego szkła. Ogromnej ilości pękającego szkła."





Fabuła:

" ...do redakcji popularnego, szczecińskiego dziennika przychodzi wiadomość od pewnego staruszka. W jego kolejnych listach nieprawdopodobne wspomnienia i sensacyjne szczegóły przeplatają się z urojeniami z czasów wojennych. Zajmująca się tym tematem dziennikarka Paulina Weber zaczyna wątpić w zdrowie psychiczne nadawcy. Gdy w ostatnim liście zdradza on, że od wielu lat ukrywa zakopane w piwnicy zwłoki, jest już tego pewna…   
Pozostawione przez niego stare dokumenty z wolna zaczynają jednak odsłaniać mroczne wydarzenia, które za czasów drugiej wojny światowej rozegrały się w sennej, nadmorskiej scenerii..." 

Fragment opisu od wydawcy (Muza)
Razem z Pauliną wojenną tajemnicę próbują rozwiązać architekt Igor oraz pochodzący z brytyjskiej szlachty Johann. Trójka przyjaciół znana już z poprzedniej książki Leszka Hermana pt. "Sedinum." W rozwiązywanie nowej zagadki zaangażowani są także angielscy przyjaciele Johanna, którzy wybrali się z nim na podwodne zwiedzanie Bałtyku. Jednak znacznie więcej osób próbuje im przeszkodzić....

Opinia:

Wielowątkowość, przeskoki czasowe, niemała liczba bohaterów oraz spora dawka wiedzy niczym z podręcznika historii wymagają skupienia. Długo nie mogłam połapać się w imionach i relacjach pasażerów brytyjskiego jachtu czy pływających nieopodal Rosjan. Czasami miałam wrażenie, że autor czuł się w obowiązku poruszyć ten czy inny wątek, jakby stwierdził, że dana historia zasługuje choćby na wspomnienie. Wtedy do akcji najczęściej wkraczał Igor, który okrywał przed przyjaciółmi kolejne karty przeszłości. I tak z luksusowego jachtu przenosiliśmy się jak nie do średniowiecza, to - znacznie częściej - do czasów wojny. Momentami przejścia były płynne, czasem wiały sztucznością i przytłaczały mnie.
Niestety, ani II wojna światowa (choć ogólnie lubię historię), ani nurkowanie do starych wraków nie leżą w kręgu moich zainteresowań, dlatego nie mogę powiedzieć, że lektura wywołała wypieki na moich policzkach. Co nie zmienia faktu, że wciągnęła mnie sama fabuła. Ciekawiło mnie, jaką tajemnicę znał Karol Wyrzykowski, (dlaczego przez nią zginął) i czy grupie przyjaciół uda się ją rozwiązać. Razem z Pauliną, Igorem i spółką zastanawiałam się, czym jest światło umarłych oraz kto i dlaczego nie chce, by oni się dowiedzieli, jaki sekret kryje Bałtyk.

"Gdy przyjdziesz do Rugenwalde 
to poszukaj światła umarłych.
W samym środku, pod różą wiatrów,
znajdziesz nadzieję swoją na morzu 
i wieczny spokój."

Natomiast, bez dwóch zdań, przygotowanie merytoryczne autora oceniłabym celująco. Z tej książki  dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy  (które już kilka razy sprzedałam jako ciekawostki podczas spotkań towarzyskich ;) ) bądź zagłębiłam wiedzę, nazwijmy ją - ogólnie dostępną. ). Naprawdę, chapeau bas.

Ponadto między wersami daje o sobie znać zawód wykonywany przez autora. Leszek Herman jest architektem, tak jak wykreowany przez niego bohater. Dwa słowa, mała ciekawostka architektoniczna pojawiała się niemal co chwilę, mimochodem przy opisie mijanego przez bohaterów budynku czy wnętrza, w którym się znaleźli. Ujęło mnie też, kiedy autor, posługując się bohaterami oczywiście, wzdrygał się na widok pastelowych budynków z poprzedniej epoki.. Jestem zwolenniczką uporządkowania przestrzeni miast, ujednolicania wystroju ogródków lokali gastronomicznych na deptakach i ubolewam nad niekontrolowanym outdoorem szpecącym miejski krajobraz, więc naprawdę rozumiem ten ból. 
"W centrum miejscowości przy drodze wyrosły większe budynki, niewielkie kamieniczki i powciskane jak popadło, podobnie jak w całym kraju, wymalowane na pstre koloru prostopadłościenne bloczydła"

Jak czytamy w zapowiedzi wydawcy akcja "Latarni Umarłych" dzieje się rok po wydarzeniach opisanych w poprzedniej książce autora pt. Sedinum. Nie czytałam go, ale nie wydaje mi się, żeby nieznajomość poprzedniego tomu przeszkadzała w odbiorze tej części. Spoiwem łączącym są tylko bohaterowie, którzy już wcześniej wspólnie rozwiązywali zagadkę i relacje jakie między nimi z tego powodu wynikły. Autor kilka razy przywołuje wydarzenia z poprzedniej książki i według mnie  powiedział o dwa słowa za dużo. Ci którzy ją czytali, raczej pamiętają jak było, a mający lekturę przed sobą pewnie woleliby niektórych rzeczy dowiedzieć się czytając. Mówiąc brutalnie, spojlerował.

Z racji, że nie znam pierwszej części nie rozpiszę się zbytnio o bohaterach, ale kilka kwestii muszę poruszyć. Przede wszystkim Paulinia - według mnie momentami brakowało jej zacięcia dziennikarskiego, do wszystkiego podchodziła sceptycznie, a jej intuicja chyba zrobiła sobie chyba dłuższe wakacje. Oczywiście rozumiem, że miała tu być przedstawicielem rzetelnego dziennikarstwa, a nie hieną szukającą sensacji, ale racjonale podejście i łączenie faktów naprawdę mogą iść ze sobą w parze. Ona unikała tego drugiego. Igor, to jak już wspomniałam chodząca encyklopedia. O Johannie trudno mi cokolwiek powiedzieć. A poza tym, co również już pisałam, bohaterów było co najmniej dużo...

Podsumowując, to kawał dobrej sensacji i choć recenzja zawsze jest subiektywna, nie mogę powiedzieć, że książka była średnia, tylko dlatego, że nie kręci mnie okres wojny. W "Latarni umarłych" znalazłam wszystko, co w tym gatunku być powinno: tajemnica, napięcie, kręte ścieżki prowadzące do odkrycia sekretu. I, co trzeba wyraźnie podkreślić, ocean wiedzy autora przelanej na kartki. W końcu Igor skąd musiał znać odpowiedz na każde pytanie ;) Jeśli więc czasy wojenne to wasze klimaty, to książka jest dla was. Mnie osobiście bardziej intrygowały wątki średniowieczne i o takie tematy proszę w następnej książce, panie Leszku ;)


Gratis: 

Od jakiegoś już czasu chodzi za mną nowy cykl postów na blogu, ale jak zaczynać to od nowego roku, prawda? Skoro to pierwsza recenzja w tym roku, to myślę, że od tego tytułu ruszę z cyklem. Na razie nie powiem nic konkretnego, ale uchylę rąbka tajemnicy, że ma to związek z moim zachwytem nad przemycaniem wiedzy przez autorów...


Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka 

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki 



Tę książkę zrecenzowałam służbowo dla portalu eKulturalni.pl. - tam znajdziecie więcej opinii na temat "Latarni Umarłych" i wielu innych książek.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Muza

wtorek, 3 stycznia 2017

Publikacja i warsztaty, czyli grudniowe aktywności Szufladopółki

Jak uwielbiam święta, tak nie znoszę towarzyszących im zaległości. Czy nowy rok musi przychodzić właśnie po nich? Wszędzie podsumowania, plany, względnie wyzwania, a ja nie zdążyłam nawet swojej grudniowej aktywności przedstawić. Tym bardziej, że miała miejsce dzień po dniu.

Zacznę od końca. 

Zapowiadałam tutaj (klik) wydanie nowego (26) numeru kwartalnika społeczno-kulturalnego Prowincja. Niezmiennie polecam.  17 grudnia w Sztumie odbyła się promocja numeru.  Bardzo ciekawe spotkanie, prowadzone przez redaktora naczelnego z udziałem autorów tekstów (zarówno dziennikarskich jak i literackich) oraz czytelników i zainteresowanych mieszkańców miasta. Naczelny zapowiadał/przedstawiał poszczególnych autorów a następie ten albo czytał swój tekst albo opowiadał jak wyglądały nad nim prace, czasem wywiązywała się dyskusja. Naprawdę, pierwszy raz spotkałam się z taką formą i bardzo przypadło mi do gustu. A jeśli dodać, że stoły były zastawione smakołykami... ;) 
W numerze znalazły się moje trzy teksty prozatorskie: "Mama", "Coming out" i "Miłość jest brzydka".





Zaprezentuję jeden z tych krótszych:

"Coming out

Dlaczego w książkach wszystkie marynarki są tweedowe? Ubrałam cię w aksamit i boję się opublikować. Te trzy drinki wypijane codziennie po pracy nie czynią cię podręcznikowym bohaterem. Ani nawet alkoholikiem. Sprawę trochę ratują tabletki, które łykasz co rano, by wstać z łóżka. Jednak to wciąż za mało. Zdrady, jednostronnie otwarty związek to droga, która wiedzie między wersy. Próbowałam cię rozwieść, a ty wciąż nosisz obrączkę. I ten twój mąż uparł się na romantyzm i umarł. Właśnie mąż. Nie jesteś nawet facetem. Tyle niedociągnięć. Musisz zrozumieć, że to nie twój czas, za mało przeszłaś. Cierpliwości, jeszcze wyjdziesz z szuflady. Kiedyś cię stworzę, naprawdę. Na razie musisz ustąpić miejsca postom na blogu."


A propos podręcznikowego bohatera, pamiętacie mój felieton na ten temat? Jest tutaj - klik.


Dzień wcześniej natomiast (16.12) gościłam (już po raz drugi ) w Zespole Szkół Pijarskich w Elblągu. Alternatywny Elbląski Klub Literacki objął tam patronatem pierwszą klasę liceum. Każdego miesiąca jeden z klubowiczów idzie do młodzieży podzielić się tym co wie, umie i lubi robić. Grudzień należał do mnie. Nie mogłam się oprzeć i pozostałam czy raczej wprowadziłam nastrój świąt. Ale o tym, jak było piszą już sami uczestnicy.  Odsyłam więc do relacji młodych ludzi, którzy grzecznie twierdzą, że im się podobało ;).

Cytuję fragment:

"na kartkach mieliśmy zapisać trzydzieści skojarzeń ze Świętami Bożego Narodzenia. Mimo że pierwsze zadanie wydawało się dość proste, to po kilkunastu napisanych zwrotach, pomysły się nam kończyły, lecz wspólnymi siłami każdy zebrał pełną listę." 





To tyle. Teraz muszę na spokojnie zasiąść do swojego terminarza i zaplanować, co mogę i co trzeba zrobić w tym roku, a przynajmniej w najbliższym czasie. Spokojnie, Woluminy nie śpią...