środa, 15 marca 2017

To, co czytam: Gniew, Zygmunt Miłoszewski (4/2017)

Nawet nie wiedziałam, że tak za nim tęskniłam. Za jego ciętym językiem, sarkazmem, a nawet zarozumiałością, która odrzuca mnie i u ludzi, i u bohaterów literackich. Teodor Szacki to najbardziej podręcznikowy z podręcznikowych bohaterów (klik), a ja go bezkrytycznie uwielbiam. Albo -łam, bo jak długo można jechać na tym uwielbieniu?

Dużo czasu minęło odkąd czytałam Uwikłanie (recenzja) i Ziarno prawdy (recenzja), ale pamiętam, że obiecałam Miłoszewskiemu, że przy "Gniewie", będę bardziej surowa, bo akcja rozgrywać się będzie w znanym mi skądinąd Olsztynie. Jak silna jestem w moich postanowieniach mogliście zauważyć w drugim odcinku #Trzech faktów z książki (klik). Zachwyciłam się tymi, które przemycił autor. Ku mojemu niezadowoleniu miasto oddał idealnie. I topografię, i klimat. Choć "Olsztyn kocham  miłością wybraną" (to cytat z Uli, Pełen Zlew ;)), to nie jestem rodowitą olsztynianką, więc heheszki z lokalnego patriotyzmu nie uraziły mnie. Poza tym jestem raczej z tych zdystansowanych aniżeli przewrażliwionych, więc co najwyżej uśmiechnęłam się pod nosem, czytając po raz kolejny (w charakterystycznej dla autora narracji) zachwyt mieszkańców nad ilością jezior, świeżym powietrzem i wyższością mieszkania na prowincji nad życiem w brudnej stolicy czy innym Krakowie. Jeśli znacie styl Miłoszewskiego, to wiecie o czym mówię.

Sama fabuła bez zarzutu, świetna intryga, mistrzowskie wodzenie za nos, cechy kryminału spełnione, co tu dużo mówić. To Miłoszewski w końcu jest. Również tło, którym tym razem jest tak ważny (i dziwnie aktualny...) problem społeczny jak przemoc wobec kobiet został przestawiony w niezwykle wymowny sposób.

 „Nigdy nie słyszał o kobietach, które by gwałt przerobiły, które żyły potem normalnie, które zapomniały. Każde przestępstwo przeciw życiu i zdrowiu człowieka zostawia ślad, ale gwałt, ta najbrutalniejsza ingerencja w człowieka, naruszenie każdego poziomu jego prywatności i wolności, sprowadzenie do kawałka ciepłego mięsa, w który ktoś może wepchnąć swojego kutasa, to było jak wypalanie znamienia. Nie wypalenie, tylko wypalanie. Echo tego wydarzenia wracało do ofiar nie raz na jakiś czas, nie czasami, lecz bez przerwy. Ciągle ktoś trzymał kij z rozgrzanym kawałkiem żelastwa i przykładał do ich duszy” s.242

Do tego metody śledcze rodem z CSI i chociaż prokurator ziewał i przestępował z nogi na nogi, kiedy doktor Frankenstein (tak, naprawdę autor nazwał tak patologa) bądź jego asystentka głosili swoje naukowe teorie na temat przyczyny śmierci, to wcale nie były przedstawione nudno czy topornie, wręcz przeciwnie fascynująco nawet.
Nie samą intrygą czytelnik żyje więc w książce pojawiły się też wątki z życia prywatnego prokuratora, w tym skomplikowana relacja w trójkącie Szacki - córka - nowa partnerka. Do tego dobrze wykreowani drugoplanowi bohaterowie, szczególnie asesor Edmund Falk był ciekawą personą.

Do tej pory wszystko gra. A teraz przejdę do Szackiego. Tylko przez pierwszych kilka, kilkanaście może stron (dzięki narratorowi w jego głowie) mogło mi się wydawać, że spotkałam się z Szackim, za którym tęskniłam. Potem, na długo przez zakończeniem, autor dobitnie pokazał nam, że to ostatnia część. Szacki zgnuśniał. Wypalił się. Ale i to za małe słowa. Miałam wrażenie, że nagle stanie i, zupełnie niemetaforycznie, zwymiotuje. Tak miał wszystkiego dość. A nie mógł sobie na to pozwolić, bo sprawa, którą właśnie się zajmował była nie tyle najtrudniejsza w jego historii, co najważniejsza. Tak na koniec kariery...

Zakończenie było tak nieoczywiste, że aż, no nie wiem. Zwyczajnie brak mi słów. Lubię na koniec książki być zadowolona, bez względu czy to historia z happy endem czy bez. Zadowolona to znaczy, że emocje mają mną targać, mają być jakiekolwiek, byle silne. Ma mnie poruszyć, zdziwić, dotknąć, wzruszyć, wbić w fotel. Zakończenie "Gniewu", a co za tym idzie całej trylogii może i mnie zirytowało swoim niedopowiedzeniem, jednak zamiast wyrywać sobie włosy z głowy najwyżej wzruszyłam ramionami. Jak na Miłoszewskiego, jak na Szackiego, jak na tę trylogię było po prostu... niepasujące. Nic na to nie poradzę, ale właśnie na koniec się zawiodłam :( Szkoda, bo cała książka świetna.  Dlatego, postaram się mimo ostatniego wrażenia (a mówi się, że pierwsze najważniejsze) postawić sprawiedliwą ocenę. 

Ocena tradycyjna 8/10
Moja ocena: wyższa półka - mimo wszystko ;)

8 komentarzy:

  1. Zakończenie tak świetnej serii książek kryminalnych też dla mnie była sporym zaskoczeniem. Od razu zrobiło mi się żal tak świetnej postaci. A mógł Miłoszewski ciągnąć te opowieści przez lata...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, taki Wallander na przykład żył tak długo jak autor. Blomkvist to nawet przeżył swojego twórcę ;/), może Miłoszewski chciał oryginalnie zamknąć trylogię na trzech częściach ;. Ale będę bardzo, bardzo tęsknić za Teo.

      Usuń
  2. Nie miałam okazji zapoznać się z twórczością Miłoszewskiego, acz samego autora kojarzę. Swoją drogą sama się sobie dziwię, gdyż uwielbiam tego typu literaturę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, czasami tak jest. W końcu tak dużo książek, tak mało czasu... ;)

      Usuń
  3. Słyszałam o tej ksiazce dużo dobrego ale teraz już całkowicie mnie przekonałaś. Biorę się za nią. Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, sięgaj koniecznie, a poprzednie czytałaś?

      Usuń
  4. Ciekawa propozycja :) Może kiedyś do niej zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ta książka musi być rewelacyjna! Strasznie mnie zaintrygowałaś i przy najbliższej okazji z pewnością po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń