poniedziałek, 25 lipca 2016

Biblioteczne podwórko #2 - Koziołek Matołek w Parku Kajki

Jak pewnie zauważyliście, kiedy tylko pojawia się okazja, zabieram swoje dzieci do książkowego świata. Nie tylko poprzez czytanie książek w domu. Wszelkiego rodzaju wydarzenia czytelnicze - jak głośne czytanie, kiermasze książki, spotkania autorskie czy warsztaty literackie zorganizowane główne dla najmłodszych lub wzbogacone atrakcjami dla nich - nie odbywają się bez naszego udziału ;)

Dlatego nie mogło nas zabraknąć podczas drugiej odsłony Bibliotecznego Podwórka, cyklu spotkań dla dzieci i rodziców organizowanego przez Bibliotekę Elbląską. Tym razem dzieci mogły zapoznać się z przygodami Koziołka Matołka, który wędrując do Pacanowa odwiedził Elbląg. Z młodymi Czytelnikami spotkał się w sobotę, 23 lipca w Parku Kajki.






Po kukiełkowym przedstawieniu w wykonaniu teatru objazdowego Vaśka z Torunia był czas na zabawy sportowe i artystyczne. W drodze wyjątku (bo nie mieliśmy akurat słodyczowego dnia) pozwoliłam nawet Łucji zjeść lizaka, którego dostała od Pań. Tak, uległam marketingowym sztuczkom. Gdyby nie to piękne opakowanie, byłabym bardziej konsekwentna ;)




Łucja Stwór: Czytaj książki, bo jak nie to Cię zjem!




Czego, jak czego, ale zdolności plastycznych, to Łucja nie odziedziczyła po mamie. Ja po prostu takowych nie posiadam. A ona, owszem.



Oliwcia: Możecie, mi nie przeszkadzać? Ja tu czytam! ;)





Moje Szkraby jak zwykle zadowolone. Kolejne spotkanie w ramach Bibliotecznego Podwórka 13 sierpnia w  Parku Traugutta w Elblągu. Jeśli będziemy w domu, skorzystamy na pewno ;)

PS: Spróbuję zdobyć więcej zdjęć od pań z Biblioteki Elbląskiej, które zachwycone postawą czytelniczą Oliwii ;) zrobiły jej niemal sesję zdjęciową.

czwartek, 21 lipca 2016

W czwartek wracam do poniedziałku

Stwierdzenie "nie lubię poniedziałku" ma się nijak do minionego. Bo ten poniedziałek był z rzędu najlepszych poniedziałków ever! I dziś do niego wracam.

Przede wszystkim jakiś cudem zasłużyłam sobie na dzień wolny od bycia matką Polką ;) I wstając skoro świt ruszyłam do Olsztyna, miasta, do którego mam wielki sentyment i, w którym mieszka kilka cudownych, bardzo ważnych dla mnie osób.

Dzień był mój od rana do późnego wieczora. Takie babsko - książkowo - blogowe spa. Było czytanie i rozmowy o książkach, blogowe plany, poranna herbatka na balkonie z przyjaciółką i wieczorkiem kawa z tygielka w cudnym miejscu z dwiema najlepszymi czarownicami (oprócz mnie oczywiście ;) na świecie. Było spotkanie z przyjaciółką od dwunastego roku życia do "na zawsze" i lody oraz układanie Domino z jej córcią (tak, wtedy najbardziej zaczęłam tęsknić za swoimi dziećmi). Ale było po prostu cudnie. A najpiękniejsze było to, że kiedy z wypiekami na twarzy i pulsującym bólem głowy od niewyspania i natłoku emocji wróciłam, mogłam przytulić i pogłaskać po włoskach moje słodkie Skarby <3



W czasie drogi nie marnuje się czasu, tylko się czyta. Tym bardziej jak się bierze udział w wyzwaniu #ksiazkawpodrozy






Przekroczyłam próg mieszkania Uli i... i choć uwielbiam dziewczynę to zazdrość mnie rozpierała. Takie mieszkanie? Tyle książek? Jak tak można? Ale wybaczyłam jej.
Ula, tak ta Ula z bloga Pełen Zlew - książki, koty i bałagan co prawda próbowała ostudzić mój entuzjazm przepraszając za bałagan. Ale skoro ten, podobnie jak trzy koty i pies (i Ola, Wiosenna Czarownica) dobrze czuje się w jej domu, to nie można go wyganiać.







Herbatka na balkonie z Olą, bo Ula popędziła do pracy.





Potem spacerek, dość sentymentalny. Oto okna mojej stancji z czasów studenckich. Mieszkałam tu z Sylwią, o której będzie za chwilę. Te okno po lewej to kuchnia, po prawej to mój pokój. Hmmm, domyślacie się jakie mogą być cudne wspomnienia ;) Na przykład pierwsze randki z moim mężem. <3 
PS: O tym, co się działo zanim się poznaliśmy nie rozmawiajmy, ok? ;)




Potem przepyszne jedzonko. Zupa krem z zielonego groszku z pieczonym jabłkiem i miętą oraz tarta z łososiem, kozim serem i kaparami. Mniam. Tak smacznie w Jakubku (i pomyśleć, że za moich czasów był tam fast food, gdzie po pracy zajadałyśmy się z Sylwią hamburgerami z plackiem ziemniaczanym zamiast kotleta ;) Wybaczcie bałagan na talerzu, zapomniałam zrobić zdjęcia przed ;)



Popołudnie spędziłam z tymi laskami poniżej ;) Sylwia moja ukochana przyjaciółka "od i na zawsze" nie bloguje, ale czyta coraz częściej książki, więc to znaczy, że chyba jednak mam jakieś zdolności edukacyjne ;) No i wkręciłam ją w czytanie jednego bloga, bardziej lifestylowy, ale jest. Ta mniejszka pięknotka, to jej córcia Nina. Kocham obie!



A potem pędem do MCHU, miejsca, w którym pracuje Ola, bo miała przyjść Ula, u której Ola teraz mieszka, ale jak byłam w Uli mieszaniu, to jej nie było. Rozumiecie? ;) 








MECH, czyli Mikro Elementy Chaosu to idealne miejsce dla takich czarownic jak my trzy. Jest tam pięknie, kawa pyszna i nawet rękodzieło tam sprzedają, jak torba, którą dostałam od Oli. I las w słoiku tam nawet jest.









MECH BĘDZIE POCHWALONY - głosi jedna z tabliczek w pubie. Co prawda, to prawda, byłam i chwalę.







środa, 20 lipca 2016

Jak zostaliśmy zrobieni w balona? (wpis gościnny)

To pierwszy w historii Szufladopółki wpis gościnny. Ale jest coś, co chcę Wam powiedzieć, a co napisał już ktoś inny. Konkretnie Dominika Lewicka-Klucznik, nasza klubowa Szefowa, nierzadko zwana Matką, z urzędu prezes Stowarzyszenia Alternatywni. A więc, za jej pozwoleniem robię kopiuj wklej z fanpejdża Alternatywnych, bo chcę to mieć u siebie. I już.



Jak zostaliśmy zrobieni w balona?

Na własną potrzebę. Ot i tyle. W sumie jeszcze rano, ba jeszcze popołudniu mówiłam, że to jest ostatnia książka, nad której wydaniem trochę czuwam (no może jeszcze "Abrazje" Bogumiły Salmonowicz) i przestaję się w to bawić. Ale kiedy zostało mi tylko kilkadziesiąt sztuk (z ośmiuset), to mam poczucie, że jednak dziecko idzie w świat i zaczyna żyć swoim życiem. Niezależnie od redakcji, korekty, składu czy łamania, no i grafika z bajkową wizją robienia nas w balona. Zaczynam być gotowa na feedback, na krytykę, wyłapywanie błędów, uwagi, hasła co komu się co chce, jak patrzy, maca, a może nawet czyta. Oooo i może tu jest sedno sprawy. To się może nawet przeczyta.
 

W "Książce pełnej słów" są teksty poetyckie i prozatorskie 28 autorów związanych z Alternatywnymi, choć mieszkających w różnych miejscach Polski i Europy. Dla wielu z nich jest to debiut książkowy.
A poza tym jak zwykle pragnę podziękować: Kamili Łyłce-Kosińskiej za wstęp, Ewie Kreff za debiut w składzie i łamaniu (rewelacja - polecam bardzo), Asi Włodarskiej za zrobienie niemożliwego - czyli biogramy, Sylwestrowi Mazurkowi za okładkę - czyli zrobienie w balona, FotoWieśkowi Leszczyńskiemu za zdjęcia i Alternatywnym wszystkim za ogrom (mniejszy lub większy) pracy.
II Antologia Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego "Książka pełna słów" to kolejna próba zebrania w jednym miejscu twórczości wszystkich Alternatywnych. A że my jesteśmy różni, to ta książka to wielki galimatias stylów, form, spojrzeń i konwencji. A może w tym jest największy nasz urok. Uwaga, Alternatywni naprawdę się lubią i to widać i czuć - w tej książce też. Oddamy ją w Wasze ręce na Festiwalu Literatury Wielorzecze. Kto chciałby zarezerwować książkę albo ma ochotę na inne festiwalowe atrakcje, niech zajrzy na http://wspieramkulture.pl

Dominika Lewicka-Klucznik (Prezesik)

I ode mnie słów kilka, pod podanym wyżej linkiem jest zbiórka na Wielorzecze, wspierając nasz projekt można chociażby zdobyć tę oto książkę z dedykacją i podpisami autorów. Albo inne nasze książki albo kolację z gościem Festiwalu albo miejsce na... warsztatach serowarskich czy lekcję angielskiego. Dużo można.

wtorek, 19 lipca 2016

To, co czytam: "Co nas nie zabije", David Lagercrantz


 Przyszywane "Millenium", czyli "Co nas nie zabije" Davida Lagercrantza


Wstępniak:

Nie potrafię obiektywnie podjeść do tej książki. Nie umiem nie ocenić jej przez pryzmat poprzednich części i tego, co myślę o kontynuowaniu dzieła zmarłego autora. Chciałabym wierzyć, że to pomnik dla jego twórczości, ale niestety wyczuwam smród pieniądza. Mam żal do spadkobierców, że połasili się na dodatkowy zastrzyk gotówki i do nowego autora, za to, że się zgodził. Wiem, wiem, czytałam gdzieś, że Larsson planował 10 części serii, a nawet, że w szufladzie schował ich szkice. Ale zdążył ukończyć trzy. Nie doczekał nawet sukcesu trylogii. Wystarczająco dużo odbyło się bez jego udziału, by jeszcze za niego pisać. Nie wiem, może jestem za surowa, ale nie będę kłóciła się ze swoimi emocjami.





A teraz wspinając się na wyżyny profesjonalizmu, który w TYM KONKRETNYM przypadku sięga mniej więcej wysokości położenia Raczków Elbląskich (najniżej położony punkt w Polsce: 1,8 metra poniżej poziomu morza, zwany pieszczotliwie depresją), postaram się ocenić samą książkę.

Opis:

Mikael Blomkvist przechodzi kryzys i rozważa porzucenie zawodu dziennikarza śledczego. Lisbeth Salander podejmuje duże ryzyko i bierze udział w zorganizowanym ataku hakerów. Ich drogi krzyżują się, kiedy profesor Balder, ekspert w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją, prosi Mikaela o pomoc. Profesor posiada szokujące informacje na temat działalności amerykańskich służb specjalnych. Mikael zaczyna pracę nad sensacyjnym artykułem, który może uratować jego karierę. (za wydawcą, z okładki)

Opinia

Oczywiście, książka nie byłaby kryminałem, gdyby nie zbrodnia, poszukiwania sprawcy i ochrony świadków. Przyznam, że szczególnie ten ostatni wątek był dość wciągający. Choć (uwaga, mini spojler, ale bez przesady) po motyw niepełnosprawnego dziecka będącego świadkiem morderstwa i w książkach, i filmach już sięgano. Więc o powiewie świeżości nie może być mowy. 

Nie znam innych książek Davida Lagercrantza, więc nie wiem, jak pisze, ale tu wyczuwało się styl Larssona i akurat za to będę chwalić. Jeśli miałam czuć, że to kontynuacja, to czułam. Były angielskie wtrącenia (co wtedy oceniałam równie negatywnie, jak teraz), były retrospekcje i opisy nawet dalszych bohaterów trzy pokolenia wstecz. Natomiast główni bohaterowie bardzo przypominali siebie z poprzednich części, przy czym miałam wrażenie, że Lagercrantz budował wokół nich jeszcze większą legendę niż Larsson. Jednak czegoś mi w nich brakowało, czegoś ważnego. Autentyczności. U Larssona Mikael był wierny swoim przekonaniom, a Lisbeth bezwzględna, kiedy ktoś z nią zadarł. Lagercrantz jedynie nam mówił, że tacy są. Nie umiałam ich "poczuć". I to jest chyba mój największy zarzut. To znaczy oprócz tego, że książka nie powinna była powstać.




Zdecydowanie za dużo było dla mnie wątków związanych ze światem informatyki, w porządku rozumiem, że Lisbeth jest hakerką, ale czasami się zdarzało, że przekładałam kartkę nie czytając jej, bo przygniatał mnie żargon. Nie rozumiałam, ani pojedynczych słów, ani całości. Jakby autor wkleił tam kartkę z chińskiej książki miałabym takie samo pojęcie. Oczywiście fakt, że brak mi wiedzy w tej czy innej dziedzinie, to już mój problem. Ale tego po prostu nie dało się czytać. 
I jeszcze jedno o stylu. Bardzo raziły mnie powtórzenia. Czasami wydawało mi się, że autor chwytał się jednego słowa z większą determinacją niż tonący brzytwy. Kiedy upodobał sobie jakiś wyraz lub zwrot, powtarzał go parę razy na przestrzeni zaledwie kilku stron. A już zdecydowanie, jego ulubionym słowem jest "smagać". W "Co nas nie zabije" wiatr smagał wszystko, co napotkał na drodze: wodę, drzewa i twarz Mikaela albo smagał po prostu. Natomiast David Lagercrantz smagał mnie - tym słowem. I przyznam, że bolało.



Trylogię Milenium przeczytałam przed blogowaniem, więc recenzji poprzednich części u mnie nie znajdziecie. Jednak zaznaczam, że choć ogólnie zaliczyłam je do ciekawych książek, raczej nie oceniłabym ich na maksymalnym poziomie.

A "Co nas nie zabije" oceniam jako przeciętną, co na systemy oceniania przekłada się tak:

Ocena tradycyjna: 5
Moja ocena: szafka 

Książka bierze udział w wyzwaniu #ksiazkawpodrozy organizowanym przez Awiolę z Subiektywnie o książkach i Paulinę z Czytaj na walizkach

czwartek, 14 lipca 2016

Książka, której nie ma - jak dobrze, że jest... [recenzja]

Po dłużej przerwie (o co chodzi? KLIK) chciałam, aby powrót do czytania był dla mnie prawdziwym emocjonalnym kopniakiem. U Awioli z Subiektywnie o książkach przeczytałam recenzję "Płaczącego chłopca", chciałam po niego sięgnąć, ale akurat nie było go w bibliotece.

Wypożyczyłam więc inne książki, między innymi tą, której nie ma... Leżała na samym wierzchu, wśród często wypożyczanych, świeżo oddanych, nowości czy jakoś tak. Leżała i czekała na mnie. Zauroczyły mnie tytuł, opis, okładka (tak, tak miałam napisać post o (nie)ocenianiu po okładce,  ostatnio nawet temat był dość żywy wśród moich znajomych ;)). Przekonał mnie też gatunek, obok dwóch innych, które wzięłam, czyli standardowo kryminał i thriller, powieść obyczajowa miała być tym czymś, co pozwoli mi wejść w lato, wakacje i książkowy cug. Zaczęłam co prawda od "Dziewięciu dni" (recenzja - klik), niemniej "Książka, której nie ma" spełniła wszystkie moje powyższe oczekiwania. I dała mi jeszcze więcej.

Przede wszystkim, dzięki niej zwolniłam, uspokoiłam przyśpieszony oddech, zgubiłam gdzieś siedzące na ramieniu przeświadczenie, że muszę coś jeszcze zrobić, że na pewno o czymś zapomniałam. Santiago Pajares zabrał mnie do Bredagós, małej hiszpańskiej wioski, która, jak mogłoby się wydawać, była do szpiku kości sztampowa. Wszyscy się znali, czas płynął jakby wolniej, każdy robił swoje, był wiejski pub, a w nim wieczorne picie piwa i pokoje na wynajem u starej zrzędy. Ogólnie sielsko i anielsko, z wyjątkami potwierdzającymi regułę. Bla, bla, bla.

A jednak. Jest w tym głębia. Zaraz do niej przejdę, najpierw wypada przedstawić fabułę. Opis z okładki:


Madryt. David Peralta pracuje w wydawnictwie, które opublikowało bestsellerową sagę pt. Spirala. Książki z tej serii sprzedano w milionach egzemplarzy na całym świecie, a czytelnicy niecierpliwie czekają na kolejny tom. Problem w tym, że wydawca od czterech lat nie otrzymał następnej części mistrzowskiego dzieła.

Sytuację pogarsza głęboko skrywany sekret – nikt nie wie, kto jest autorem powieści. Podczas gdy przyszłość wydawnictwa wisi na włosku, David dostaje zadanie odszukania tajemniczego autora. Ale jak znaleźć człowieka, który robi wszystko, by zachować anonimowość? Enigmatyczne wskazówki zaprowadzą Davida do wioski w Pirenejach, zamieszkiwanej przez wyjątkowych ludzi. Nieoczekiwanie dzięki tej podróży redaktor spojrzy na swoje życie z zupełnie nowej perspektywy.

W tym samym czasie w Madrycie… pewien egzemplarz Spirali w przedziwny sposób wpływa na losy czterech innych osób.

Książka zrobiła na mnie takie wrażenie, że postanowiłam się nią podzielić. Przeczytałam fragment powieści podczas Open Mic, wydarzenia polegającego na czytaniu innym [relacja - KLIK] Powiedziałam publiczności, że lubię książki, dlatego sięgnęłam po książkę o książkach, ale że tak naprawdę to ona jest o życiu. O czerpaniu z niego, o rozumieniu go.

Czytam książkę podczas Open Mic. Fot. Ryszard Biel, info.elbląg.pl - więcej klik



W szkole nie lubiłam matematyki, nienawidziłam wręcz, a każdej pracy klasowej towarzyszył charakterystyczny ból brzucha. A jak nie od dziś wiadomo, nie lubimy i boimy się rzeczy, których nie znamy, nie rozumiemy. Ja matmy nie rozumiałam wcale i nie wiem czy nauczycieli miałam kiepskich, czy po prostu jestem pod tym względem tępa (pod jakimś muszę ;)). Dziś w to nie wnikam, ale była dla mnie czarną magią. 
"Książka, której nie ma" jest właśnie o tym, że aby żyć pełnią życia musimy je zrozumieć, że z jednej strony tak wiele zależy od nas, a z drugiej na inne (takie jak choroba, śmieć) nie mamy wpływu, że są i musimy to przyjąć, bo strach przed nimi może przysłonić nam inne, te dobre strony życia.

"David żył w społeczeństwie, które postrzegało śmierć jako swego rodzaju klęskę. W czasach, kiedy przewidywana długość życia była dłuższa niż kiedykolwiek wcześniej, a najstarsze osoby ze zdumiewającą łatwością przekraczały dziewięćdziesiątkę, odnosiło się wręcz wrażenie, że śmierć może przyjść jedynie w efekcie wypadku lub zaniedbania. Kiedy ktoś umierał na atak serca, pytano, czemu lekarze go nie uratowali, czy karetka nie przyjechała za późno, czy nie dopatrzono czegoś w zastosowanym leczeniu. Nikt nie zastanawiał się czy po prostu nie wybiła godzina tego człowieka"s.178

Wyznaję zasadę, że każdy jest kowalem swojego losu i, że trzeba umieć być szczęśliwym. Mam też dość niski, żeby nie powiedzieć zerowy, poziom tolerancji dla malkontentów. Napisałam nawet na ten temat manifest (tu można zobaczyć, jak go czytam podczas prezentacji Alternatywnych - klik). Dlatego z aprobatą kiwałam głową, czytając fragmenty, jak te poniżej:


"Zdaje się, że my ludzie przyzwyczailiśmy się być przynajmniej trochę nieszczęśliwi, a jeśli tak nie jest szukamy sobie powodów, by wierzyć, że dzieje nam się źle. Wyolbrzymiamy nasze problemy i wyolbrzymiamy, aż wreszcie nie jesteśmy już im w stanie podołać. Jeśli się chwilę nad tym zastanowisz, zobaczysz, że nie mamy prawdziwych kłopotów. Pracujemy, jesteśmy zdrowi, kochamy się. Tylko kilka drobiazgów dzieli nas od pełnego szczęścia." s. 118.

"Wiecznie skarżymy się, że czegoś nam brakuje do szczęścia. Ten, kto znalazł miłość myśli sobie: "Och, gdybym tak miał pieniądze!". Ten, kto ma miłość i pieniądze, wzdycha: Och, gdybym jeszcze miał dzieci!" A ten, kto ma miłość, pieniądze i dzieci, powie "Och, gdybym tak miał więcej czasu!". Zawsze stawiamy sobie kolejne cele, kolejne wyzwania i kolejne wymówki." s. 119.


"Musi upłynąć trochę czasu byś sobie uświadomił, że najlepszy moment nie jest przed tobą; dzieje się właśnie teraz, a ty go tracisz, myśląc o czym innym" s. 332

W trakcie czytania nie zawsze byłam aż tak zachwycona jak teraz. Szczególnie drażniły mnie poszukiwania Tomasa Mauda przez Davida, a raczej jego nieprzemyślane metody, problemy z dedukcją i naiwność. Choć ta ostania czasem mnie rozczulała. Jednak w szerszym kontekście odebrałam to jako metaforę tego, jak poruszamy się po omacku, tego, ile błędów musimy popełnić, ilu twardych lądowań doświadczyć (David spadł z drzewa podczas jednej z akcji), żeby znaleźć odpowiedź, żeby zrozumieć.

Fabuła nie ograniczała się jedynie do wydarzeń w wiosce, wplatały się w nią historie innych bohaterów, których spoiwem łączących była sławna książka. Wątki równie ciekawe, jak samego Davida, jego kłopotów małżeńskich i zagadki tajemniczego  pisarza.

Styl Pajares nie jest wielce artystyczny, ale oceniam to na plus. Gdyby autor zastosował wymyślne figury stylistyczne, zawiłe metafory i wyszukane porównania, to by przedobrzył. Narracja przybiera raczej formę snucia opowieści. Może właśnie dlatego zabrałam ją na czytanie innym. Bo kiedy sama zatapiałam się w treści miałam wrażenie, że słucham tej historii, ta książka do mnie mówiła. Dokładnie jak Spirala do swoich czytelników.

Jeny, jak mi się ta książka podobała. Z chęcią przeczytałabym coś w podobnym klimacie. Zaliczyłabym do takich "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg czy serię z "Hotelem Paradise"  Marthy Grimess. Polecicie coś, co wyniesie mnie na emocjonalne wyżyny?

Moja ocena: wyższa półka
Ocena tradycyjna 9/10

wtorek, 12 lipca 2016

"Śmierć kolekcjonera" Agnieszka Pietrzyk [recenzja + nawiązania do spotkania autorskiego]

Lubię elbląską starówkę. Uważam, że jest piękna. Choć, jak mówi Nosensopedia, w Elblągu Stare Miasto jest nowe, a Nowe Miasto jest stare i nie sposób się z tym nie zgodzić. Niemniej lubię spacerować między tymi nowo-starymi kamieniczkami, wsłuchiwać się w odgłos stawianych kroków przechodząc tunelem Ścieżki Kościelnej, przechadzać się Bulwarem Zygmunta Augusta, wpatrywać się w odbijające się w jej toni światła nocnego miasta. Po prostu lubię Elbląg (podobnie jak Olsztyn, choć dla wielu taka podwójna sympatia się wyklucza) i dlatego musiałam przeczytać tę książkę.

W dzieciństwie mieszkałam na ulicy Barona. Moja przyjaciółka z tamtych lat miała na imię Estera i mieszkała na ul. Rechniewskiego. Jakie było moje zdziwienie, kiedy niemal na początku książki pojawiła się dziewczyna imieniem Ester, która mieszkała na Rechniewskiego. Taki przypadek! Aż mnie ciarki przeszły. A kiedy po kilu przerzuconych kartkach Ester leżała martwa w hotelowym pokoju...

Opis wydawnictwa:

Sąsiedzi w jednym z elbląskich mieszkań odkrywają parę powieszonych staruszków. Kilka godzin później środowiskiem zbieraczy rzadkich obligacji wstrząsa morderstwo jednego z kolekcjonerów. Ginie mężczyzna, który poprzedniego wieczoru wylicytował na hotelowej aukcji wyjątkowo cenny okaz papierów wartościowych.
Czy obie tragedie są ze sobą powiązane? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć komisarz Kamil Soroka, który łączy siły z prokurator Mileną Łempicką-Krol. Bagaż własnych doświadczeń i obsesji zaprowadzi ten duet w wiele ślepych uliczek. Czas działa na ich niekorzyść, a lista podejrzanych się wydłuża.

Śmierć kolekcjonera to mroczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji powieść kryminalna, która wciąga czytelnika nie tylko wartką akcją, ale też specyficzną atmosferą rzadkiego hobby, podsycanego przez teorie spiskowe.


Tak wiem, przeczytałam ją już dawno, a jeszcze dawniej odbyło się spotkanie z autorką w Bibliotece Elbląskiej, do którego mam zamiar nawiązywać, ale powiedzmy, że to w ramach nadrabiania zaległości z okresu zanim "założyłam buty" (wyjaśnienie - KLIK). Jeszcze kilka takich recenzji może się zdarzyć.

"Śmierć kolekcjonera" to kryminał z rzędu tych, kiedy po nitce do kłębka śledczy dochodzą do rozwiązania zagadki. Oczywiście, Agnieszka Pietrzyk nie byłaby sobą, gdyby tej nitki porządnie nie poplątała. Gra z czytelnikiem to jej znak rozpoznawczy. Czytelnik raczej nie otrzyma napięcia i czytania na wdechu, za to porządny trening dedukcji i logicznego myślenia. Książka sprawia wrażenie obszernego raportu policyjnego opisującego jak pracujący przy sprawie policjant i pani prokurator dochodzili do finału.



W niektórych recenzjach spotkałam się z zarzutami, że pewne wątki nie zostały wyjaśnione bądź, że nie rozbudowano tych obyczajowych. Trzeba przyznać, że można odnieść takie wrażenie. Niemniej, jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że byłam na spotkaniu autorskim, podczas którego autorka powiedziała, że w wyniku prac redaktorskich z bólem serca musiała rezygnować z pewnych fragmentów. Co tam było w wersji roboczej wie więc tylko ona i wydawca ;)




To, o czym koniecznie trzeba wspomnieć to temat książki. Środowisko kolekcjonerów starych papierów wartościowych to albo całkiem nowatorski pomysł, albo przynajmniej niszowy. Ja się z tym spotkałam po raz pierwszy.
I tu nie ma o czym mówić - Agnieszka odrobiła pracę domową. Opisy zwyczajów kolekcjonerów, niepisanych zasad, sposobów licytowania są naprawdę bardzo ciekawe i wnikliwe. Naprawdę czytelnik może mieć poczucie, że dowiedział się czegoś nowego. W tym celu autorka przemierzała odmęty internetu, czytała fora i strony tematyczne. Moim zdaniem oddała klimat.

Wrażenie robią także opisy poszczególnych starych akcji. Drobiazgowe, z konkretnymi motywami czy kolorami to przykład niewiarygodnej dbałości o szczegóły. Biorąc pod uwagę, że autorka jest niewidoma, to już naprawdę chapeau bas.

Mi się książkę czytało dobrze i także zapraszam do lektury, Elbląga i miejsc, w których odbywa się akcja. W "Hotelu Pod Lwem" co prawda jeszcze nie byłam, ale w Mjazzdze, a i owszem. To elbląski klub muzyczny i obecny podczas spotkania autorskiego właściciel powiedział, że nie miał nic przeciwko temu, że jego lokal stał się miejscem akcji. Wszak, jak sam przyznał "dochodzi tam do wielu zgonów" ;)

Zgodnie z tradycją Agnieszki książek nie oceniam i jestem dość powściągliwa w recenzji. Ale polecam!

Zachęcam do przeczytania recenzji (TUTAJ) i relacji ze spotkania (TUTAJ) u Czytalskiego.





poniedziałek, 11 lipca 2016

Lubię czytać. Innym.

Lubię to. Uwielbiam nawet. Uczestniczenie, a jeszcze bardziej prowadzenie/organizacja wszelkiej maści wydarzeń związanych z promocją czytelnictwa sprawia mi ogromną frajdę. Spotkania autorskie, warsztaty albo takie impreza jak piątkowy (08.07) Open Mic. 

W ramach elbląskiego Lata w Formie na letnią scenę znowu weszli Alternatywni. Tym razem zapraszając na nią wszystkich tych, którzy chcieli poczytać coś swojego lub książkę ulubionego autora. Najpierw z otwartego mikrofonu skorzystali najmłodsi i, jak się okazało, najodważniejsi czytelnicy. Dzieci chętnie wchodziły na scenę, by czytać zgromadzonej publiczności lub słuchać innych. Dorośli poprzestali na słuchaniu, ale ich reakcje wskazywały, że czytane książki robiły na ich wrażenie. Do gustu słuchaczom przypadł również fragment przygotowany przeze mnie. Przyniosłam książkę, którą skończyłam czytać dzień wcześniej, i która zrobiła na mnie wrażenie (spodziewajcie się więc lada dzień recenzji), była to... "Książka, której nie ma" Santiago Pejarez.

W każdym razie muszę powiedzieć, że dzieciaki spontanicznie wchodzące na scenę, i ci starsi słuchający z zaciekawieniem zrobili mi weekend :) 
Przygotujcie więc się na więcej czytelniczo-literackich imprez z moim udziałem, przynajmniej w Elblągu. No, właśnie!  Przypominam, że już we wrześniu Stowarzyszenie Alternatywni zaprasza na Festiwal Literatury Wielorzecze. 
Przypominam też, że możecie wesprzeć nasz projekt na Wspieram Kulturę -KLIK.

Pa, I czytajcie sobie i innym.

Fotografie pochodzą z Info Elbląg - więcej zdjęć i relacja portalu TUTAJ - KLIK



poniedziałek, 4 lipca 2016

Alternatywne wsparcie kultury


Finanse na kulturę jakie są - każdy wie ;( Dlatego Stowarzyszenie Alternatywni, organizator  Festiwalu Literatury Wielorzecze prosi o wsparcie. Gorąco zachęcam do dorzucenia swojej cegiełki. Wierzę, że wśród moich Czytelników znajdą się mecenasi literatury ;) Nasz projekt można znaleźć na portalu finansowania społecznościowego wspieramkulture.pl (KLIK)


Garść informacji o naszym wydarzeniu, które przesłaliśmy również do mediów:

Już we wrześniu odbędzie się czwarta edycja Festiwalu Literatury Wielorzecze. W Elblągu po raz kolejny pojawią się znani literaci i krytycy, a mieszkańcy będą mieli okazję spotkać się z literaturą w przestrzeni całego miasta. Przygotowania trwają, a na jednym z portali finansowania społecznościowego ruszyła zbiórka brakujących środków na organizację imprezy.


Organizatorem wydarzenia jest Stowarzyszenie Alternatywni, grupa elbląskich pasjonatów literatury i kultury. - Chcemy po raz kolejny zalać Elbląg słowem pisanym, poszerzyć zasięg odbiorców. Jedno z naszych bieżących działań - Elbląska Scena Literacka, organizowana przy współpracy z Teatrem im. Aleksandra Sewruka ma swoją stałą publiczność. Co nas bardzo cieszy, jednak chcielibyśmy trafić do ludzi, która do teatru nie przychodzi, szczególnie zależy nam na młodzieży - mówi Dominika Lewicka – Klucznik, prezes Stowarzyszenia Alternatywni.

Dlatego spotkania będą odbywały się w przestrzeni całego miasta, z założenia angażując mieszkańców do uczestniczenia w literaturze. - Spotkamy się w pubach, środkach komunikacji miejskiej, klubach muzycznych czy kinie. Będziemy czytać książki, pisać teksty i śpiewać poezję. W planach są wieczory autorskie, warsztaty, panele dyskusyjne, koncerty, happeningi, spektakle teatralne i gra miejska – zapowiada.






Poprzednia edycja, rozrosła się na skalę ogólnopolską, a Festiwal został nagrodzony jako najlepsza inicjatywa organizacji pozarządowych oraz otrzymał status Wydarzenie Roku od Prezydenta Miasta Elbląg. - Takich osiągnięć nie można zaprzepaścić, chcemy kontynuować nasze dzieło, poszerzać je, ulepszać. - podkreśla prezes Alternatywnych.

Do tego jednak potrzebne są środki. Stowarzyszenie otrzymało częściowe wsparcie finansowe z miasta, ale kwota jaką dysponuje wciąż nie jest wystarczająca, by utrzymać zeszłoroczny poziom imprezy. Stąd pomysł na finansowanie społecznościowe - popularną formę zbierania pieniędzy na przedsięwzięcia kulturalne. Zasady takich akcji są proste – wspierający oferują określoną kwotę otrzymując w zamian prezenty od twórców, najczęściej związane z projektem, np. wspomagający wydanie płyty może liczyć na krążek od artysty.





W tym przypadku zebrane pieniądze pozwolą na opłacenie części honorariów twórców oraz zapewnienie im noclegów. Natomiast na liście prezentów znalazły się książki czy gadżety związane z wydarzeniem. Ponadto członkowie Stowarzyszenia, którzy przy samym festiwalu pracują w formie wolontariatu, również dorzucają do puli podarków coś od siebie. Choć łączy ich wspólna pasja do literatury, zawodowo są specjalistami w różnych dziedzinach, a wspomagającym oferują swój czas i pracę. I tak, w zamian za wsparcie projektu zapraszają m.in. na lekcje angielskiego, szkolenie dotyczące diety czy sesje doradczo-coachingową.

Zbiórka na IV Festiwal Literatury Wielorzecze odbywa się na portalu wspieramkulture.pl pod TYM linkiem.

Więcej informacji oraz wstępny program Festiwalu można też znaleźć na fan page Stowarzyszenia Alternatywni.








niedziela, 3 lipca 2016

Harry Potter i Stanisław Lem wpadli do Elbląga

A oprócz nich Halina Poświatowska, Kazimierz Wielki i Mikołaj Kopernik. Co prawda  niekoniecznie w tym samym czasie, a i cel ich przybycia był różny, ale byli.
Przynajmniej jako bohaterowie historii napisanych przez uczestników warsztatów literackich  "Wpisz się w historię Elbląga", które z ramienia Stowarzyszenia Alternatywni poprowadziłam razem z Dominiką Lewicką - Klucznik.

Przed pisaniem, jak przed każdym wysiłkiem konieczna jest rozgrzewka. Dominika w tym celu zafundowała nam ćwiczenia manualne, rozruszała szare komórki logicznymi zagadkami i krótką wprawką przed pisaniem. Gdy nasze umysły pracowały już na najwyższych obrotach nadszedł czas, by utrudnić ludziom życie. Za tę część wzięłam się ja ;) 



Fot. Dominika Lewicka-Klucznik


Zaczęliśmy pisać historię. Każdy swoją co prawda, ale to nie znaczy, że mógł sam wymyślić ją od początku do końca. Bohaterów, miejsce i czas akcji oraz wątki mogące mieć wpływ na fabułę wymyślali mu inni. Z listą fraz od współuczestników warsztatów przystąpiliśmy do pisania. Tym, co musiało znaleźć się w każdej historii był Elbląg, im konkretniej wskazane miejsce, tym lepiej. I tak akcja poszczególnych opowieści miała się dziać między innymi w Special Pubie, restauracji "Przy Bramie" czy pod wiatą w Bażantarni.

Fot. Dominika Lewicka-Klucznik
Moja historia miała zawierać w sobie hasła/wątki:

Harry Potter, wrzucam klucze do skrzynki na komodzie, wiata w Bażantarni, o północy z piątku na sobotę, Rząd Chin, skok ze spadochronem, kto zabił Johna Fitzgeralda Kennedy'ego?, pozytywny, wstrętny, co doprowadziło do zagłady ziemi?


Historia, którą stworzyłam w trakcie warsztatów jest dość krótka, ale aż mnie ręce swędzą, żeby ją rozbudować ;) Brzmi tak:

Czuł się wstrętnie. Wszystko przepadło. Była noc z piątku na sobotę, przed chwilą wybiła północ. Właśnie teraz powinien spotkać się z informatorem. I to z Nie Byle Kim. Harry Potter wiedział wszystko. To on ostatnio sugerował, że za zabójstwem Kennedy'ego stał Rząd Chin.
Był na siebie wściekły, przecież tyle razy skakał ze spadochronem i zawsze trafiał do celu, ale nie tym razem. Miał  wylądować przy wiacie w Bażantarni, a zamiast tego zawisł na drzewie na granicy cmentarzu Dębica. Trudno doszukiwać się tu pozytywnych stron. Tym bardziej,  ze zazwyczaj przewidywał, że coś może pójść nie tak. Miał nawet tu niedaleko, bo na starym poligonie, zaparkowany samochód terenowy. Właśnie na takie sytuacje. Zdążyłby raz dwa. Szkoda tylko, że kluczyki zostały w domu, w skrzynce na komodzie, gdzie wrzucił je kilka godzin wcześniej. Idiota. Teraz już się nie dowie, dlaczego i kiedy ma dojść do zagłady Ziemi.


Pozostałe teksty można znaleźć na fan page Stowarzyszenia Alternatywni - KLIK. 
Edit: Autorem jednego z nich jest obecny również na warsztatach Czytalski ;)

Fot. Dariusz Bocian

Fot. Dariusz Bocian




sobota, 2 lipca 2016

Gdzie byli rodzice? "Dziewięć dni" Gilly Macmilllan [recenzja]

Zanim sięgniecie po tę książkę, zastanówcie się czy macie ochotę na kryminał z wartką akcją, czy pogłębioną analizę psychiki człowieka. To thriller psychologiczny, więc nastawcie się raczej na to drugie, choć z niemałą domieszką pierwszego.


Opis z okładki:

"Rachel Jenner, samotna matka wychowująca ośmioletniego syna Benedicta Fincha, wybiera się z nim na spacer do lasu pod miastem. Pozwala dziecku pobiec do przodu razem z ulubionym psem, po czym chłopiec nagle znika. Poszukiwania nie dają rezultatów i po kilku godzinach jest jasne, że Ben został porwany.

Policja rozpoczyna śledztwo, którym kieruje inspektor James Clemo. Sprawa wzbudza ogromne  zainteresowanie mediów i opinii publicznej a media społecznościowe oskarżają Rachel o skrzywdzenie dziecka. Co naprawdę się wydarzyło tego fatalnego popołudnia. Czy Ben żyje?"

To nie jest tylko książka o porwaniu, a na pewno nie przede wszystkim, choć stanowi ono trzon fabuły. Jest śledztwo, to fakt,  jest nawet policjant je prowadzący, ale zdecydowanie NIE JEST to typowy bohater kryminałów (Jaki to typowy? Sprawdź tu - KLIK). Główną bohaterką jest matka zaginionego dziecka.

"Gdzie byli rodzice?" To pytanie tak popularne i tak często zadawane przy nieszczęśliwych wydarzeniach z udziałem dzieci, że przeszło do potocznego użytku, czasem używane nawet jako żartobliwy komentarz pod błahą sprawą lub jako tekst głodnego uwagi trolla.

Rachell teoretycznie była wtedy z dzieckiem, po prostu pozwoliła mu pobiec przodem.  Bo znała las, wiedziała, że syn zna drogę i chciała mu pokazać, że mu ufa. Tymczasem dziecko zniknęło, a ona czuje, że zawiodła zaufanie syna, czuje się winna.

Winna jest także według internautów. Użytkownicy portali społecznościowych nie zostawiają na niej suchej nitki, atakują ją pod artykułami o zaginięciu Bena; powstał nawet blog, którego jednym celem jest wirtualny lincz kobiety. Wpisy są pełne nienawiści, żądne zemsty, a ich autorzy przekonani, że osobą, która skrzywdziła chłopca jest jego własna matka. Domniemanie niewinności? Nie w social mediach. Tu obowiązuje prawo dżungli, kodeks Hammurabiego. Brzmi znajomo? Oczywiście, codziennie czytamy takie opinie w sieci.

Rachell została sama po raz kolejny. Najpierw opuścił ją mąż, teraz zniknął syn, a w konsekwencji odwróciło się od niej społeczeństwo. A i relacje z nielicznymi osobami, które ją wspierają nie są łatwe. Bo jak tu być duszą towarzystwa, kiedy wali ci się życie? Jak myśleć o wymianach uprzejmości, dobrych manierach i kreowaniu własnego wizerunku, kiedy szalejesz ze strachu o życie swojego dziecka? Co innego może wtedy mieć sens?

"Zdumiewało mnie, że nawet w chwili, gdy dochodzi do tragedii, w dalszym ciągu musimy wykonywać przyziemne czynności, których wymaga życie.
Czułam złość nawet wobec własnego ciała za to, że potrzebuje snu, jedzenia, picia, funkcjonuje jak normalny ludzki organizm. Uważam, że aż do chwili odnalezienia Bena życie nie ma prawa istnieć. Zegary nie powinny tykać, w naszych płucach tlen nie powinien zmieniać się w dwutlenek węgla, serca nie powinny bić. Świat mógłby wrócić do normy dopiero po powrocie Bena.
Wszystko inne obrażało mojego syna i jego cierpienie"

Takich pełnych cierpienia rozmyślań jest dużo więcej, żeby nie powiedzieć, że książka jest nimi naszpikowana. To naprawdę porządna analiza zachowań ludzkich - matki niemogącej wybaczyć sobie błędu, który może kosztować życie jej dziecka, ale i społeczeństwa, które "swoje wie" i korzystając z wolności słowa wydaje wyrok. 
Dodając do tego - jakby nie było, pojawiające się jednak  - zwroty akcji, to wychodzi z tego całkiem porządna książka. Zwłaszcza że to debiut.  Na minus, wg dla mnie wątek drugiego bohatera - inspektora Clemo.  Chociaż, jak wspomniałam podobało mi się, że nie był typowym bohaterem... to czegoś mi brakowało. Też przeżywał rozterki nie powiem, ale w zestawieniu z cierpiącą matką wypadł słabo. Ona traci dziecko, w sieci urządzono na nią polowanie, a ten chodzi na terapie, bo cierpi na bezsenność i pokłócił się  z dziewczyną. To się gryzie :/


Odchodząc jednak od treści, styl jest poprawny, ciekawa forma, może nie nowatorska (bo weź wymyśl teraz coś nowego) ale na pewno nie jest standardowa. Narracja w pierwszej osobie, pisana z perspektywy dwójki głównych bohaterów, dodatkowo przerywana stenogramami z sesji terapeutycznej. To wyróżnia książkę w gąszczu innych. Ale to, co najbardziej intrygujące to tytuł - "Dziewięć dni". Już ci mówi, że tyle pewnie trwały poszukiwania i... I co się okazało? Czy Ben żyje? Kto i dlaczego go porwał? A może nie było żadnego porwania?

Tego wam nie powiem. To przeczytacie sami.

Ocena tradycyjna 7/10