sobota, 31 grudnia 2016

Gadżety mola książkowego: pieczątka EX LIBRIS

Nie wiem, jak Wy, ale ja musiałam to mieć. Własny Ex libris (ekslibris). Pewnie wiecie, co to jest, ale tytułem wstępu, krótko go opiszę. To imienne, często ozdobne oznakowanie książek, zazwyczaj z wyszukaną grafiką. Swoisty podpis. Zawiera imię i nazwisko bądź inicjały właściciela lub nazwę instytucji np. biblioteki, uniwersytetu itp. mającą w posiadaniu dany egzemplarz.
Dawniej spotykany jako mała karteczka przyczepiona do wewnętrznej okładki, teraz występuje czasem w formie naklejki lub, częściej, pieczątki. Właśnie taką mam ja.

Tradycja podpisywania książek w ten sposób sięga dalekiej przeszłości, w Polsce drugiej połowy XIV wieku. Początkowo miało to służyć jedynie wskazaniu właściciela danego egzemplarza, ale później coraz większą uwagę zwracano na walory estetyczne. Rękopisy były wszak swego rodzaju dziełem sztuki, artystyczne musiało być więc też znakowanie. Pierwsze w historii ozdobne ekslibrysy były najczęściej herbami właścicieli księgozbiorów, starannie zdobione były także księgi liturgiczne.

Jak czytamy w Wikipedii "posługiwanie się ekslibrisem jest uważane za wyraz wysokiego szacunku i dbałości o książki, jak również wysokich potrzeb kulturalnych właściciela". Będę próżna i powiem, że takowe mam ;)
Pięknie wykonany Ekslibris znacznie podnosi walory artystyczne książki, a także sugeruje, że właściciel ma do niej bibliofilski stosunek. Dodatkowo, jeśli wskazuje że właścicielem jest/był ktoś znany zwiększa jej wartość materialną. Może i nie jestem sławna, herbu nie mam, ale logo i owszem, dlatego też jego fragment znalazł się na mojej pieczątce.




Inna sprawa, że takie oznaczenie ma zwyczajnie "pilnować" książki. To taka delikatniejsza wersja komunikatu "wróć do mnie". Rzadko, ale niestety zdarzało mi się, że moja książka zaginęła w akcji albo ktoś zapierał się, że to na pewno nie moja, że nie pożyczał ode mnie i ma taką samą (sic!). Wtedy ratować mogła jedynie plama po kawie lub resztki czekolady, a że staram się dbać o książki, to ciężko było znaleźć taki znak rozpoznawczy. Przez pewien czas najzwyczajniej w świecie podpisywałam książki, ale mam naprawdę paskudny charakter pisma, więc moje woluminy traciły na estetyce. Ekslibris był moim marzeniem, ale jakoś nie mogłam się do tego zabrać. Ale od czego jest święty Mikołaj. Wystarczy napisać list, tudzież złożyć zamówienie. I tak mój osobisty święty Mikołaj sprezentował mi imienną pieczątkę graficznie nawiązującą do logo mojego bloga. Cudnie! Dziękuję kochany Mężu! Więcej o świątecznych prezentach 2016 w tym poście - KLIK. Tam w komentarzach padało też pytanie o pochodzenie mojego gadżetu. Mąż zamówił go w lokalnej firmie produkującej pieczątki, która miała w ofercie ex librisy, choć  do wykonania jest pewnie w każdym zakładzie tego typu, tym bardziej, że miał własny wstępny projekt, a konktretnie właśnie moje logo. Przesłał plik, a potem wspólnie z firmą dobierali czcionkę, format, wymiary.
Swoją książkową pieczątkę można także zamówić w internecie, wiele ofert jest na allegro. Niektóre firmy mają kilkadziesiąt, a nawet kilkaset gotowych wzorów graficznych. Z książkami, biblioteczkami, kotami, kwiatami i co tylko chcecie. Do wyboru do koloru (tak, tusz też może być w przeróżnych barwach). Mi po cichu marzył się turkusowy, ale do końca nie byłam przekona. Ostatecznie padło na czarny i muszę przyznać, że to dobry wybór. Postawiona w książce pieczątka wygląda jak część grafiki, jakby książka wyszła z drukarni z moim podpisem :)
Jeśli chodzi o podpis, to nazwisko czy inicjały mogą być fragmentem stempla ale czasem można dostać gotowca, pieczątkę z napisem w stylu "Ta książka należy do........." i właśnie puste miejsce na odręczne wpisanie nazwiska. Ale do nie dla mnie. Raz, że wydaje mi się jednak mniej profesjonalne, dwa, jak wspominałam moje pismo raczej szpeci niż zdobi książkę.
Niektóre firmy dbają również o walory estetyczne samego stempla - oferują drewniane, rzeźbione, mogą być na przykład figurką sowy lub czarownicy. Do tego piękne, zdobione pudełka. No cuda. Podsumowując, (w google ;) ) jest w czym wybierać.





Zatem czeka mnie stemplowanie księgozbioru. Przy okazji w końcu oddam książki, które to ja pożyczyłam od innych i jakoś tak czekają na oddanie bądź przeczytanie.... Czasem przetrzymam, przyznaję się (tak dużo książek, tak mało czasu...), ale spokojnie nigdy sobie nie przywłaszczę nieswojej książki, także czekajcie na zwroty ;)


A Wy? Co myślicie o exlibris?  Gadżeciarstwo, snobizm czy must have mola książkowego? A może macie już takie? Pochwalcie się.


piątek, 30 grudnia 2016

Świąteczne prezenty - chwalę się!

Wypadałoby jeszcze w tym roku pokazać świąteczne prezenty, co? W czasie około świątecznym całkiem nie po drodze było mi do komputera, a telefon znów się na mnie obraził, ale niech sobie technologia nie myśli, że mnie powstrzyma przed chwaleniem się :) Zatem szybki post.

Pierwszy prezent dotarł do mnie już w połowie grudnia. Paczka od Agnieszki, którą otrzymałam w ramach Świątecznej Wymiany u Królowej Moli - tu link do posta z podsumowaniem. Agnieszka uszczęśliwiła mnie dwoma książkami (dorzucając w gratisie broszury, zapowiedzi i zakładki), dostałam też kubek, świeczkę oraz pyszności: piernik, dwie herbaty, cappuccino i inne słodkości) oraz plecionego aniołka, cudeńko. I śliczne podziękowania za to, że tak pięknie je zapakowałaś, Agnieszko. Jestem pod wrażeniem.




A co dostałam na święta? Chyba byłam grzeczna, bo choinką znalazłam prawdziwy zestaw mola książkowego. Ilu Mikołajów, tyle molowych prezentów.

Święty Mikołaj  w postaci mojego Męża, bardzo mnie w tym roku uszczęśliwił. Podarował mi coś, o czym, jak mi się wydaje, marzy każdy mól książkowy - własny ex libris (ekslibris), imienne oznakowanie książek - o tym lada dzień osoby post z cyklu Gadżety mola książkowego.



Siostra pożyczywszy wcześniej ode mnie "Narodziny Gubernatora", i która przekonała mnie, jak pisałam w recenzji (klik), do The Walking Dead uznała, że dobrze byłoby zaopatrzyć mnie w kontynuację. Co racja, to racja. Jak były narodziny to czas na "Upadek Gubernatora".

Książki same się ze sklepu czy też biblioteki nie wyniosą. Potrzebują do tego torby, najlepiej w koty. Najlepiej hand made. Od mamusi.

A jak czytać to w towarzystwie kawy, herbaty lub czekolady, wiadomo. Kubek musi być. W prezencie od nastoletniej siostrzenicy. Taka kochana <3 To Julia, z którą byłam na nocnej premierze ostatniej części Harrego Pottera (klik).




Znalazły się też słodkości (do podjadania przy czytaniu) i  kieszonkowe (od rodziców męża ;)), więc zapewne zostanie spożytkowane na coś co powiększy ten zestaw. Jakiś cudny terminarz mi się marzy... :)   A i czapka (też od mamy). To pewnie na czytanie na powietrzu w ramach WOLUMINÓW (klik), żebym się nie rozchorowała ;)


Dziękuję ślicznie moim Kochanym Mikołajom! 

A Wy? Co tam dostaliście? Pochwalcie się, możecie nawet wrzucić linki do prezentowych postów.

piątek, 9 grudnia 2016

Dwudziesta szósta Prowincja

 Mam dla was zapowiedź nowego numeru kwartalnika kulturalno-społecznego. I nawet się wkradłam między kartki ;) 

Spotkanie promocyjne najnowszego numeru odbędzie się w sobotę, 17 grudnia o godzinie 18.00 w Sali Czekoladowej Sztumskiego Centrum Kultury.

A tu kilka słów o tym, co znajdziecie w 26 Prowincji:

Idzie zima. Idą Święta. To dobra okazja do ciepłych spotkań, wspominek, no i ciekawej lektury, na przykład Prowincji. Przygotowaliśmy dla Państwa kolejną dawkę poezji (Wojciech Boros, Jerzy Fryckowski, Jolanta Steppun) i prozy (Zuzanna Gajewska, Tomasz Stężała). Eseistycznie, jak zwykle profesor Andrzej C. Leszczyński, tym razem o głupocie według Sándora Máraia, Thomasa Bernharda, spotkaniach z filmem w Bibliotece pod Żółwiem, retrotopii i muzeum komunizmu. A poza tym nasz wytrawny badacz i opowiadacz Andrzej Kasperek o Żuławach w literaturze, no i gościnnie Katarzyna Kuroczka, literaturoznawca ze Śląska, opowie o słynnych „chłopakach” z Sanoka, jak choćby Beksińskich.
Kilka głosów o kulturze. Piotr Wyszomirski o Kongresie Kultury Pomorskiej i debatach wprowadzających. Marta Wiloch o refleksjach po elbląskim Forum Kulturoznawczym i Leszek Sarnowski o nowym pomyśle łączenia biznesu z kulturą. W tym kontekście szczególnie gorąco polecamy drugą część wywiadu (warto było czekać) z Krzysztofem Czyżewskim, założycielem Ośrodka Pogranicza-sztuk, kultur i narodów w Sejnach, o małym, wielkim świecie i przekraczaniu granic.
Karolina Ciechorska-Kulesza wspomina województwo elbląskie w kontekście tożsamości i zmieniających się granic, a Rolf Fieguth dzieli się wzruszającymi impresjami żuławskimi, z mennonitami w tle. Andrzej Kasperek opowie o pasjonatach z Żuławskiego Parku Historycznego i o ważnych pieniądzach na ratowanie żuławskich zabytków w Nowym Stawie, Nowym Dworze Gdańskim i Cedrach Wielkich, a Małgosia Tukało (dawniej Łukianow) opowie o doświadczaniu historii w Kwidzynie.
Jak zwykle sporo historii regionalnej. Bogumił Wiśniewski odkrywa freski w kwidzyńskiej katedrze, Janusz Namenanik dom kata w Dzierzgoniu, a Wiesław Olszewski ruiny śluzy w Marzęcinie. Andrzej Lubiński kontynuuje opowieść o Postolinie, a proboszcz parafii greckokatolickiej w Cyganku ks. Paweł Potoczny, we współpracy z młodym historykiem Łukaszem Kępskim prezentują parafię w Cyganku.
W związku z pomysłem przejęcia przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zamku w Sztumie wracamy do debaty na temat dotychczasowych działań i nowych funkcji krzyżackiej warowni, piórem Arkadiusza Dzikowskiego, Leszka Tabora i Leszka Sarnowskiego.
W części wspomnieniowej Agata Janik opisuje dramatyczne losy Stefana Skrzyszowskiego, jednego z ostatnich „cichociemnych”, którego szczątki odnaleziono po latach w anonimowym grobie na tzw. „Łączce”. Teodor Sejka wspomina swoje sztumskie czasy licealne, z zapachem wędzonego dorsza i Stalina w tle.
Sporo tym razem o muzyce. Wacław Bielecki o swoich muzycznych wojażach, Jan Chłosta o Feliksie Nowowiejskim, a Leszek Sarnowski o oryginalnych działaniach artystycznych Leszka Możdżera w pomorskich więzieniach.
W naszej Galerii Prowincji tym razem artystka z Malborka Anna Albrecht, która nie tak dawno odkryła w sobie plastyczne pasje. Poza tym duża dawka recenzji, z zaproszeniem do czytania.
Wraz z tym numerem kwartalnika trafia do Państwa czwarty już tom Biblioteki Kwartalnika Prowincja. To książka Jerzego Kosacza – Epizod nazywany życiem, która jest jednocześnie hołdem złożonym naszemu Przyjacielowi, który zmarł w ubiegłym roku.
Życzymy miłej lektury w zimowe popołudnia i wieczory, a w Nowym Roku spełnienia marzeń, realizacji ambitnych planów, kulturalnych zachwytów, dobrych ludzi, pasji, ochoty do życia i zdrowia, zdrowia, zdrowia. No i żeby z tego stawarskiego dzbana z okładki samo szczęście się Państwu nieustannie sypało.

                                                                                                                      inf. prasowa Redakcja

czwartek, 8 grudnia 2016

Woluminy i Charytatywny Bieg Mikołajkowy w Olsztynie.

Muszę przyznać, że to nie było łatwe zadanie. Nie tylko z powodu wyjątkowych odbiorców - uczestnikami warsztatów były dzieci chore na cukrzyce. Wszak w Olsztynie pojawiłam się właśnie z okazji Charytatywnego Biegu Mikołajkowego, zorganizowanego z myślą o nich. 

Jednak to nie konieczność monitorowania poziomu cukru u uczestników czy grupa najmłodszych dzieci szalejących w basenie z kulkami były tu utrudnieniem. Co więc?


Schody zaczęły się niemal od razu. Wiecie, co usłyszałam, kiedy powiedziałam, że jesteśmy superbohaterkami i mamy broń na nudę, czyli książkę?


Że to książki są nudne!

Ratunku! Pomocy! Help! Fakt, od takich słów można dostać palpitacji serca, ale... HELOŁ! W końcu to ja tu jestem  superbohaterką. Kogo niby wołam o pomoc. Chyba że moje córeczki, pomocnice. Łucja na szczęście wspomagała mnie w Olszynie, a Oliwia akurat ratowała świat przed nudną gdzie indziej.

Ale wracając do tematu: kilka głębokich oddechów i przeczytałam im "Nocy pokaz" - opowiadanie mojego autorstwa z antologii "Bajki sercem pisane" (szczegóły TUTAJ). I nagle okazuje się, że to może być jednak ciekawe spotkanie...

- Ale to tak sama pani napisała? 
- Tak do książki? 

Cóż, muszę przyznać, że te pytania podobały mi się bardziej niż stwierdzenie na początku <3


A kiedy się okazało, że i dzieci mogą coś stworzyć, to nagle "nudne" książki stały się fascynujące. Powstały więc nowe historie o superbohaterach. Na przykład w roli głównej był Spiderman bawiący się klockami w przedszkolu w lesie... Takie rzeczy. Nie zabrakło też intrygujących haseł reklamowych okularów i innych przedmiotów codziennego użytku. Jeszcze będą z nich literaci albo copywriterzy ;)

I jak tu tego nie kochać? Ale pamiętajcie, żeby pisać, trzeba czytać! Nie na odwrót.

Poniżej kilka fotek (autor: Aleksandra Posadzy, znana również jako Wiosenna Czarownica). 

A ja, jak wiecie, zawsze do usług. Superbohaterka na telefon (albo mejla) szufladopolka@gmail.com. Więcej o Woluminach TUTAJ albo TUTAJ.












Warsztaty odbyły się w ramach Charytatywnego Biegu Mikołajkowego w Hotelu Przystań w Olsztynie. Poprowadziłam je (znowu) z ramienia Poczty Książkowej, z którą współpracuje mi się wyśmienicie.





piątek, 2 grudnia 2016

Mój pierwszy raz

Nie jestem doświadczona w tych wszystkich bookpornach i bookhoulach. Oczywiście chwaliłam się tu już czasem stosikami, tym czy innym listem, a nie tak dawno temu targowymi zakupami. Ale...
W ostatnich dniach przyszło do mnie kilka ciekawych książek i chciałam już: focić, wrzucać, chwalić się. I co? Oczywiście - zrobiłam od razu zdjęcie (czasem udało mi się nawet w kopercie), ale zaraz potem ono dziwnym trafem zniknęło z mojego telefonu, a jeśli nie, to jakość była gorsza od bardzo złej... O tym, że zrobię zdjęcie przy paczkomacie, przypomniałam sobie w drodze powrotnej do domu, kiedy już zaczynałam walczyć z taśmą zabezpieczającą karton. Postanowiłam więc, że z pewnością uwiecznię wizytę na poczcie, gdzie czekały na mnie dwie książki. Ale z kolei awiza na mnie nie poczekały, bo poszły na pocztę z moim mężem... I znowu fotka po fakcie. Cóż, żaden ze mnie book bloger ninja. Ale czy to ważne? W końcu mam książki. Uznałam więc, że jednak zrobię to grupowo i oto obnażam się przed wami z moimi zdobyczami :)




 Od lewej:

1. "Maszyna do pisania" Katarzyna Bonda - książka moich marzeń, jechałam po nią na Literacki Sopot i Krakowskie Targi. W Sopocie nie było Muzy, a na targach dowiedziałam się, że książki nie ma nawet w magazynach! Załamka.  Aż tu nagle przychodzi Czarny Piątek i kupuję sobie ją za jakieś 15 zł. Radość!

2. "Lampiony" Katarzyna Bonda. Wygrana w konkursie Salonu Ciekawej Książki w Łodzi. Konkurs był na FB, a ja tak szybko chciałam odpowiedzieć na pytanie konkursowe, że nie zauważyłam, że odbiór osobisty. Jak dobrze, że blogosfera nie zna granic. Jak dobrze, że jest Wiola z Subiektywnie o Książkach, która odebrała książkę dla mnie i ją przysłała. Kocham tę dziewczynę, no! (W poście o Targach pisałam, że jest moją idolką, zastanawiam się, kiedy zacznie się mnie bać, że jakaś psychofanka, czy coś ;) Książka z podpisem autorki.


3. "Ojcowie szóstego levelu" Magdalena Szwarc - kolejna zdobycz konkursowa, wygrałam u Barłożanek - Sylwii Chutnik i Karoliny Sulej. Błysnęłam komentarzem i mam, a co ;) Z gratulacjami wygranej od ekipy Barłogu Literackiego :)

4. "Latarnia Umarłych" Leszek Herman - egzemplarz recenzencki służbowy z eKulturalni.pl, ale i tu pojawi się opinia, więc pochwalić się mogę, co nie?

5. "Zagłada 2029" - Radosław Pydyś - książka od autora, z ujmującą dedykacją i przerażającym dopiskiem, jedno i drugie zdradzę przy okazji recenzji. I jeszcze na kopercie znaczek z Elsą, dacie wiarę? 

A tu moje próby natychmiastowego reagowania ;) 

"Lampiony" i "Zagłada 2029"


"Maszyna do pisania"



"Ojcowie szóstego levelu"
.
.
.
.
.
.
.
to zdjęcie znikło...

Którą z książek znacie? Którą polecacie lub nie? A może macie na jakąś chrapkę?

niedziela, 27 listopada 2016

To, co czytam: "Byłaś serce biciem, czyli przypadki pewnego literata" Zbigniew Książek

 Co u ciebie słychać? – jedno z pytań spełniających fatyczną funkcję języka. To takie polskie „hałarju” Bynajmniej nie zadawane po to, by dać odpowiedź zgodną ze stanem rzeczywistym. Ma brzmieć, „Dziękuję, w porządku”. I pogadane.
 
 
Gorzej, gdy takie pytanie pada po dłużej nieobecności jednego z rozmówców, a do opowiedzenia jest przynajmniej pół życia. Tu jest potrzebne porządne spotkanie po latach. Ba! Cykl spotkań. Co prawda trudno powiedzieć, że Zbigniew Książek to mój stary znajomy. Jak znałam utwory „Byłaś serca biciem” czy choćby „Niech mówią, że to nie jest miłość” tak nie miałam pojęcia, że to on jest autorem słów. Dopiero, z wiekiem (i pracą w kulturze) potrafiłam już to nazwisko osadzić w konkretnych dziełach.
Skąd ten mój mini wykład z językoznawstwa? Bo tak właśnie odebrałam książkę "Byłaś serca biciem, czyli przypadki pewnego literata" Zbigniewa Książka. Nie mogłam spędzić z nią jednego, góra trzech, wieczorów. Nie potrafiłam przeczytać jej jednym tchem. Umawiałam się więc ze Zbigniewem codziennie przez ponad dwa tygodnie, by mógł opowiedzieć mi swoją historię, a ja z należytym szacunkiem dla rozmówcy, mogła jej spokojnie wysłuchać.
No dobra, nie było tak znowu spokojnie. Groteskowo-satyryczny styl sprawił, że wielokrotnie wybuchałam niepohamowanym śmiechem. To on zresztą sprawił, że przeczytaniu kilku- kilkunastu stron musiałam odłożyć książkę i przetłumaczyć żarty na prawdę, a potem ją przełknąć.
Książka opowiada o kilku etapach życia literata. Z sali kongresowej, gdzie Zbigniew Książek odbiera dziewiątą złota płytę, przenosimy się do Chicago, w którym miał spełnić swój amerykański sen, czyli zarobić na życie. Potem autor rzuca nas w jeszcze inny okres swojego życia, w konsekwencji przywodząc mi na myśl motyw wędrówki z „Opowieści wigilijnej”. Szczęśliwie, rachunek sumienia autora nie jest tak bogaty w złe uczynki jak u Scrooge’a, ale z pewnością nie brakuje w nim refleksji. Także nad wiarą w Boga. Choć, jeden z grzechów głównych towarzyszył mu w opowieści. To gniew. Czy się od niego uwolnił - dowiecie się czytając książkę.
Poważnych tematów ukrytych w lekkim tonie opowieści jest jeszcze więcej. Zbigniew Książek mówi o rodzinie, przyjaźni, zaufaniu, stosunkach międzyludzkich, a nawet zachowaniach społecznych. W tym wszystkim zachowując wielki dystans do siebie. A to, mam wrażenie, paradoksalnie coraz rzadsze zjawisko. Niby ludzie żartują, śmieją się, wygłupiają, a nagle okazuje się że mają kij w pewnej części ciała.
!Uwaga, pozwolę sobie na przykład z życia. Często śmieję się sama z siebie. I wiecie, co zdarzyło mi się słyszeć wtedy od ludzi? (Mam na myśli osoby postronne, bądź dalszych znajomych, przyjaciele cechują się poczuciem humoru). Nie, nie chichot, bo taki był przecież zamysł. Niestety, zamiast tego niektórzy atakują mnie pocieszaniem, a nawet (!) wykładami, że powinnam bardziej wierzyć w siebie. I wierzcie mi, oni mówią to serio, nie z ironią. Ironii bym im pogratulowała ;) A może to ja nie traktuję życia zbyt poważnie? Koniec wtrącenia!
Podsumowując, ta książka to interesujące połączenie. Zarówno dla czytelnika, który szuka w lekturze poruszania tematów poważnych, jak i chcącego się pośmiać. Co z niej wyczyta, to jego.

Ocen tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka



/Książkę przeczytałam służbowo ;) dla eKulturalni.pl. 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza i Buissnes and Culture

sobota, 26 listopada 2016

To, co czytam: Cztery pory roku Heleny Horn

"Ta książka jest nieśpieszna jak letnie popołudnie" - głosi opis na okładce. I rzeczywiście - początkowo w ogóle nie było mi śpieszno, żeby ją czytać. Przez kilka dni zabierałam się do niej, żeby odłożyć po dwóch-trzech stronach. Nie było między nami chemii. Aż wreszcie coś pękło i całą resztę przeczytałam za jednym zamachem.

"Cztery pory roku Heleny Horn" to rok z życia bohaterki, znakomitej aktorki teatralnej, która po śmierci męża musi nauczyć się żyć na nowo. Pierwszym krokiem jest odejście na emeryturę. Chociaż pracując na scenie, często nie miała czasu dla rodziny, bez męża, który był jej osobistą muzą dalsza praca nie miała sensu. Przeniosła się więc do rodzinnego domu, starej kamienicy Melunii we wsi Milanówek, by tam odnaleźć siebie i sens życia, jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi.


Jak wspomniałam na początku, ciężko było mi się wgryźć w książkę. Gatunek wskazywał, że zatopię się w niej i otulona kocem będę wczuwała się w nastrój z każdym kolejnym łykiem herbaty. Ale pierwsze strony powieści go nie wnosiły, forma raczej przypominała szybką relację, bądź - co zważając na fakt, że autorka ... ma takowe na swoim koncie - scenariusz. Wydarzenia przestawiane szybko, zwięźle i bez emocji, a te powinny przecież targać kobietą, której życie wywraca się właśnie do góry nogami. To powinno dać się wyczytać między wierszami, mimo że narracja jest trzecioosobowa.

Wiele stron  musiało też upłynąć zanim polubiłam główną bohaterkę, jeśli w ogóle można mówić tu o sympatii. Bardziej odpowiednim wydaje się słowo tolerancja. Helena nie jest złą osobą, choć egocentryczną, co może irytować. Szczególnie trudno zrozumieć jej żal do córki, która oddaliła się do niej - pierwsza? Możliwe też, że traciła na tle innych, otaczających ją osób - czułego, z anielską cierpliwością Tomasza, oddanej Henryki czy pogodnej, pełnej dystansu przede wszystkim do siebie, Marty. Ale to właśnie ich obecność sprawiła, że nastrój, którego tak brakowało na początku, pojawił się nie wiedzieć kiedy, a we mnie wreszcie obudziła się empatia do głównej bohaterki była przecież pogrążona w żałobie.

Motyw pór roku wykorzystywany był w literaturze (i sztuce w ogóle) niemal od zawsze. Mnie także fascynuje, co właściwie było powodem, dla którego sięgnęłam po "Cztery pory...". Odwołanie się do nich ma oczywiście charakter symboliczny. Książka jest zresztą podzielona na części zatytułowane nazwami pór roku, a każda z nich to inny etap w życiu bohaterki. Tak jak w przyrodzie każda z nich przynosi  . tak wydarzenia w życiu Heleny przynosiły ... emocje...

Jednak jak na książkę posługująca się symboliką pór roku zdecydowanie brakowało mi opisów przyrody i aury. Można oczywiście przytoczyć kilka ujmujących fragmentów, ale umieszczanie ich niemal na początku danej części sprawiało wrażenie, że taka właśnie jest ich rola, opis przyrody odhaczony, sprawa załatwiona. No nie. Podobnie, jak napisanym rymem częstochowskim wiersz jednej z bohaterek, który zresztą znajdziemy na okładce. Na uwagę zasługuje jednak styl, to on wprowadzał ową niespieszność, a wręcz przenosił w czasie. Czytając perypetie Heleny i mieszkańców Milanówka nie czujemy, że akcja rozgrywa się w dwudziestym pierwszym wieku na przedmieściach warszawy, a gdzieś w jakimś arystokratycznym dworku kilkadziesiąt bądź kilkaset lat wcześniej.

Mimo wielu poważnych tematów pojawiających się w książce, śmierć, tęsknota, żałoba czy trudne relacje rodzinne książkę zaliczam do lekkich. Taka, którą można przeczytać zarówno latem siedząc na brzegu jeziora jak i zimą wygrzewając się przed kominkiem. Książka na każdą porę roku, na każdą porę życia.


Ocena tradycyjna: 6/10
Moja ocena: półka


Recenzja napisana dla Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Dziękuję za egzemplarz  ;)



niedziela, 13 listopada 2016

Superbohaterka na telefon (albo mejla).

Jeśli poszukujesz (albo znasz kogoś, kto szuka ;) ) osoby do:
  • przeprowadzenia warsztatów czytelniczych/literackich (dla różnych odbiorców w różnych grupach wiekowych od przedszkolaków do seniorów),
  • poprowadzenia spotkania autorskiego,
  • poprowadzenia wydarzenia związanego z szeroko pojętą literaturą,
  • napisania recenzji/relacji,
  • zorganizowania happeningów literackich
  • niecodziennej promocji książki lub wydarzenia literackiego
  • i innych działań mających na celu promocję czytelnictwa
pisz śmiało na szufladopolka@gmail.com i podejmij ze mną współpracę




Garść informacji o mnie:

Pisałam bajkę z przedszkolakami, uczyłam seniorów tworzenia treści do mediów i robiłam z nimi książkowego flashmoba. Prowadziłam m.in. otwarte warsztaty literackie podczas Elbląskiego Lata w Formie oraz zajęcia dla najmłodszych na 20. Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie.

Uwielbiam czytelnicze happeningi. Czytałam książki (na głos) w komunikacji miejskiej, na przystankach i idąc ulicą. Podczas Narodowego Czytania, na scenie i wszędzie tam, gdzie pozwoli mi wziąć do ręki mikrofon. Choć i bez niego sobie poradzę. Na przykład w przychodni.

Miesiąc temu ruszyłam z autorską akcją promującą czytelnictwo, w którą zaangażowane są także moje córeczki. W wolnym czasie zamieniamy się w superbohaterki - Woluminy i walczymy z nudą. Mamy na nią broń - książkę.


Kliknij TUTAJ po szczegóły.





Doświadczenie zdobywam poprzez inicjatywy własne oraz pracę zawodową - jestem redaktorem portalu eKulturalni.pl, wydawanym przy instytucji kultury - Centrum Spotkań Europejskich ŚWIATOWID w Elblągu. Angażuję się także w działalność Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego i Stowarzyszenia Alternatywni. To w pracy i Stowarzyszeniu często mam możliwość udziału w ciekawych projektach, a co za tym idzie prowadzenia warsztatów, spotkań czy imprez. 
W klubie również szlifuję (lub nabywam) umiejętności pisarskie. Chętnie sięgam po pióro, czy raczej klawiaturę, i piszę, kiedy czas pozwoli. Przytrafiła mi się nawet powieść, choć ostatnio preferuję krótsze formy, przy czym pozostaję wierna prozie.

Poza tym oczywiście czytam książki, prowadzę bloga i zaglądam na wiele innych, najczęściej książkowych.

W czerwcu 2016 obroniłam (na 5 ;)) pracę magisterską pt. Promocja czytelnictwa w mediach społecznościowych. Wróciłam do nauki po latach, pierwsze studia, dziennikarskie, skończyłam... jakiś czas temu ;). Tym razem padło na socjologię, gdzie skusił mnie moduł animacji kultury.

Podsumowując: po prostu, kręci mnie czytanie i chcę tym zarażać innych. Na różne sposoby, dopasowane do wieku i oczekiwań odbiorcy.

Chętnie podejmę współpracę z instytucjami kultury, placówkami edukacyjnymi, prywatnymi firmami, wydawnictwami, blogerami i wszystkimi, którzy tak jak ja chcą promować czytelnictwo.

W razie pytań, jestem do dyspozycji . Czekam na kontakt! szufladopolka@gmail.com



czwartek, 10 listopada 2016

Teraz ja! Szufldopółka o Targach Książki w Krakowie.

Już? Wszyscy blogerzy książkowi podzieli się swoimi emocjami z 20. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie? To teraz ja. Odpowiedź na pytanie, czy mój post pojawił się tak późno z wyrachowania czy to zwykłe spóźnialstwo, zostawiam Wam.

To był mój pierwszy raz, byłam więc bardzo podekscytowana, a emocje rosły na długo przed wyjazdem. Decyzję o tym, że chcę/muszę w końcu tam być, i że Matce Polce też się coś od życia należy ;) podjęłam latem. Zawsze było za daleko. W tym roku Polska wcale się nie skurczyła, a ja wcale nie miałam nagle więcej czasu (choć fakt, odeszły mi studia), ale klamka zapadła. Kiedy we wrześniu zgłosiłam się po blogerską wejściówkę i otrzymałam pozytywną odpowiedź, od razu wzięłam się do organizowania wyjazdu. 

I wtedy, mniej więcej w tym samym czasie, wydarzyły się dwie inne rzeczy. 

1. Ruszyłam z moją autorską akcją promująca czytelnictwo - Woluminy. Głos książki (szczegóły - KLIK)
2. Otrzymałam propozycję poprowadzenia warsztatów dla dzieci w trakcie targów od Poczty Książkowej, a konkretnie od pracującej w niej Uli Witkowskiej, z którą miałam okazję i przyjemność współpracować już przy innych projektach.

- wspólna fota z reprezentacją Poczty Książkowej nie chce się wczytać :(

Edit. 13.11.2016: Internet łaskawie u mnie działa. Fotka już jest. Prawda, że jesteśmy piękne ;) Ale brak Marysi, bo oczywiście ktoś tę fotę musiał zrobić.




Mogło być lepiej? Taki debiut na Targach?

Korzystając z powrotu Internetu schowam swoją pokorę do kieszeni i tak tylko wrzucę zdjęcie targowej gazetki, czy też internetową rozpiskę ;)





No więc, jak było? Ogólnie fantastycznie i cudownie, z kilkoma ale. Od nich zacznę, żeby potem było już tylko miło i przyjemnie.

Targi - organizacja

W sobotę około 10-tej wysiadłam z krakowskiego tramwaju i razem z tłumem ludzi popłynęłam w stronę Hali Expo. Tam przywitała mnie niemała kolejka (w porównaniu do późniejszych okazało się, że jednak maluteńka). W każdym razie pierwsze wrażenie cudne - Polacy nie czytają książek? Dobre sobie. To po co ci ludzie tu przyszli, po marchewkę? 
Potem nie było już tak sympatycznie, przepychanki słowne między czekającymi a porządkowymi, którzy przestawiali ludzi z kolejki z miejsca na miejsce, bo tu blokują przejście, tu przejazd, a tam jeszcze coś innego. Cóż, jakby porządkowi pilnowali porządku, to by nie było bałaganu. Więc oprócz przepychanek były też upychanki w kolejce, to w jednej (tej dla wszystkich), to w drugiej (dla blogerów, autorów, w ogóle VIP, ale szła wolnej). Niemniej, co mnie najbardziej ucieszyło to fakt, że nie było żadnego "Pan tu nie stał". Czasem z zniesmaczoną miną, czasem z nerwem na ochronę, czasem z płaczącym dzieckiem na ręku, ale wszyscy ładnie czekali na swoją kolej.
Jak dla mnie to schody zaczęły się po wejściu. Żeby było jasne, nie liczyłam na szczególne traktowanie z powodu blogerskiej wejściówki, wszak blogerów jak mrówków. Nie chciałam lansować się na blogerską plakietkę, ale zdecydowanie taka by się przydała. Albo papierowa bransoletka, stempel jak w dyskotece. Przerwany bilet w kieszeni chociaż. Ale nie. Okazuje się, że jak wejdę na teren targów o 10.00 to albo zostaję tam do 19.00 albo wyjdę i moja magiczna wejściówka traci swą moc, a konkretnie zabierali mi ją i nie mam żadnego potwierdzenia, że takową miałam. I nawet nie to mnie zirytowało, tylko fakt, że nie miał kto rozwiać moich wątpliwości.
Na pytanie o możliwość wyjścia na zewnątrz otrzymałam kilka odpowiedzi w następującej kolejności: wybałuszone oczy, wzruszenie ramion, "chwileczkę" (!) "nie wiem", "chyba nie, ale zapytam koleżanki", aż  wreszcie upragnione, (bo ostateczne), definitywne i lakoniczne: NIE. Czyli jeść mogę tylko w restauracji na terenie Expo, a tam kolejki jak do autorów po autografy.... O podróżowaniu między Targami a Festiwalem Conrada, do czego zachęcało Miasto Kraków nie wspomnę. I nie, nie chodzi mi o bezpłatne przejazdy komunikacją miejską, na to się nie rzuciłam, nie mam żalu, że promocja dotyczyła biletów na poszczególne dni. Kupiłam sobie 48-godzinny bilet na transport publiczny za 12 złotych i żyję. Ale brak możliwości opuszczenia hali to jakaś porażka. Nie wiem jak to wyglądało w przypadku biletów zakupionych w kasie. No, chyba że tak wcale nie było, tylko pięć osób,  z którymi rozmawiałam nie miało o tym pojęcia...
Naprawdę nie chcę się czepiać i rozumiem, że na bramkę stawia się ochroniarzy, ludzi z zewnątrz itp., ale ja nie oczekiwałam od nich znajomości biografii mojego ulubionego autora czy informacji o nowościach wydawniczych (to znajdę w gazetce). Jednak skoro ich zadaniem jest wpuszczenie ludzi i sprawdzanie biletów, to chyba powinni coś o tym wiedzieć. Taka mała irytacja na początek. Niezbyt komfortowe było także przeciskanie się między stoiskami. Tłumy na targach książki radują oko, ale sytuacja, kiedy trzeba czekać w kolejce - nie do autora, ale po to żeby przejść od stoiska do stoiska, bo nie ma się gdzie ruszyć - studzi entuzjazm. To więc punkty do poprawy, bo ogólnie - wiadomo, świetna impreza. I życzę kolejnych edycji.


Targi - książki, autorzy, spotkania, wrażenia

Oglądaliście film Kac Vegas, a konkretnie jego drugą cześć Kac Vegas w Bangkoku? Padły tam mniej więcej takie słowa: Wciągnął go Bangkonk. Czyli przepadł. Mnie tak właśnie wciągnęły targi czy też Hala Expo. Pierwszego dnia (a dla mnie była nim sobota) w ogóle nie ogarniałam, co się dzieje. Miałam rozpiskę listę autorów i stoisk, które chcę odwiedzić. Tylko najpierw chciałam się rozejrzeć. Obeznać z terenem. Sprawdzić co w hali Wisła, a co w hali Dunaj piszczy, jakie wydawnictwa są przy części A, a jakie przy B. No i tak mi zeszło, że zaraz musiałam szykować się do prowadzenia warsztatów, zaplanowanych na 13.00. Rozumiecie, był stres. Co będzie, jak nikt nie przyjdzie. A co będzie jak jednak przyjdą? I takie tam...
Skończyło się ciut po 14.00 i wtedy zgłodniałam, więc udałam się do polecanego baru na górze. Co mi zajęło godzinę z hakiem. Potem przez jakieś 30 minut stałam w kolejce do Remigiusza Mroza, która przysięgam ani drgnęła. A że byłam niemal na końcu, postanowiłam, że lepiej jutro. Polowałam też na Katarzynę Bondę i podobnie jak na Literackim Sopocie (relacja - KLIK) chciałam nabyć jej "Maszynę do pisania". I musiałam do Krakowa pojechać, by dowiedzieć się, że nakład jest wyprzedany i jak coś to próbować w sieci. Więc już całkiem wyluzowałam. Zajęłam się szukaniem książki dla córeczki. I tak trafiłam na panią Barbarę Wicher. Kupiłam książkę pt. "Przygody roztargnionej czarownicy" z dedykacją dla Łucji. Dodatkowo wbiłam tam pieczątkę ex libris od Radia Kraków. Przy ich stoisku nagrałam także na płytę bajkę dla moich córeczek. A dokładnie Stefka Burczymuchę. I tak spacerując powoli między stoiskami minęła mi sobota. Mój pierwszy w historii dzień na Targach Książki w Krakowie.

W niedzielę natomiast popracowałam nad organizacją czasu i oto efekty:

Remigiusz Mróz

W sobotę odpuściłam, w niedzielę nie mogłam. Poza tym miałam zamówienie od Czytalskiego i musiałam wypełnić obietnicę ;) Byłam prawie na początku kolejki.

Kogoś rozbawiła tu nazwa mojego bloga...



Więc ktoś walnął focha ;P

No dobra, sztama :)


Szczepan Twardoch - kiedy zaczął podpisywać książki, ja już stałam w kolejce do Mroza. Z nadzieją, że jeszcze tu zdążę. No i masz. Udało się!





Nie ruszając się niemal, bo przy tym samym wydawnictwie, czekałam na Olgę Tokarczuk Ha! Byłam pierwsza w kolejce. Pierwsza. Niestety, tego dnia pani Olga nie miała ochoty na wspólne fotografie. Co rozumiem i szanuje. Ale "Prawiek" podpisany mam? Mam!





Olga Rudnicka - rozśmiesza swoimi komediami kryminalnymi do łez. A ja kocham i tęsknię nie za zabawną książką, a mrocznym kryminałem, takim jak "Lilith". Powiedziałam autorce o mojej tęsknocie... Ta smutna chwila została zarejestrowana ;)






Sylwia Chutnik - uwielbiam jej felietony. Byłam na spotkaniu autorskim w Elblągu, ale poszłam na nie tylko z plastikowym pieniądzem, a przyjmowali wyłącznie papierowe. Więc książki ani autografu nie zdobyłam. Tym razem rach- ciach. Zakup, wpis, ekspresowa pogawędka, fotka I tu, uwaga, byłam ostatnia. Taki fuks.



No i wreszcie! Co tam pisarze, autorzy ;) Blogerów się spotyka. To jest fejm. Choć dostawałam oczopląsu w poszukiwaniu znanych z sieci twarzy, mignęła mi tylko jedna. Ale za to aż dwa razy i jeszcze miałyśmy okazję razem poczekać na Olgę Tokarczuk.
Esa - dzięki za pogawędkę, miło było Cię poznać w realu.
Na sam koniec niedzieli mignął mi Tramwaj nr 4, ale moje dziewczyny z Poczty Książkowej właśnie spóźniały się na pociąg, w czym im pomagałam, więc nie było czasu na słit focie i tłumaczenie jednemu z najbardziej znanych blogerów książkowych, że jest ktoś taki jak Szufladopółka ;)
Intensywnie szukałam też Awioli z Subiektywnie o książkach - idolki mej, ale niestety. Następnym razem mi się nie wymkniesz, Wioleta!




I tyle.


Warsztaty

Warsztaty wspomniałam już w osobnym poście. Kilka słów i trochę więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ.

Kraków

W niedzielę o 17.46 pomachałam mknącym w Pendilino dziewczynom z Poczty Książkowej. Mój pociąg był o 21.28 i nie miałam ochoty tych prawie czterech godzin spędzić na dworcu. Ruszyłam na nocny Kraków. Walizka w przechowali bagażu, a ja powoli podziwiając miasto wyruszyłam po małe prezento-pamiątki dla najbliższych. Po drodze podziwiając architekturę, sztukę i intrygujące miejsca, które tym razem mogłam podziwiać tylko z zewnątrz. 
A tu takie kwiatki...












W Sukiennicach znalazłam coś dla moich kochanych córeczek.




Jak Kraków to Lajkonik :) Albo chociaż konik, koniecznie drewniany. To zabawka dla Oliwii, uwielbia się nim bawić. Starsza Łucja, od jakiegoś czasu wypatruje wróżki Zębuszki. Co prawda jeszcze żaden ząb nie chce ruszyć się ze swojego miejsca, ale nigdy nie wiadomo. Trzeba być przygotowanym. Kupiłam jej więc pudełeczko na mleczaka.
A dla mężusia coś słodkiego. Mamy taką swoją historię związaną z paluszkami w czekoladzie :) Ich krakowskim odpowiednikiem jest czekolada z precelkami. Idealna. A jaka pyszna.

-- fotka też się nie wczytuje --- uzupełnię, obiecuję ;)
Edit 13.11.2016. No i jest.  Moje wszystkie targowo-krakowskie zdobycze:



Zakupiona w Krakowskiej Manufakturze Czekolady. Nabyłam tam jeszcze czekoladowe łyżeczki do mieszania mleka dla Łucji i mojej siostrzenicy oraz po symbolicznej pralince dla mamy i siostry.



I tyle wspomnień, jakby nie było - raczej słodkich. I nie wiem czy będę tam za rok, więc bez deklaracji. Ale przyjdzie wiosna, cieplej będzie, Warszawa jakby bliżej....