środa, 25 lutego 2015

Pandemia. Jana Wagner (recenzja)


Postapo - to zdecydowanie jeden z moich ulubionych gatunków. "Pandemia" co prawda dzieje się, jakby na równo z ową apokalipsą, ale tym bardziej mnie zainteresowała. Właśnie dlatego, że w postapo, jak sama nazwa mówi, dowiadujemy się jak świat radzi sobie po tej czy innej zagładzie. W "Pandemii" jesteśmy w samym środku tych dramatycznych wydarzeń, jesteśmy ich świadkami i już za to, na samym początku, daje jej plus.


Opis z okładki: 
Zmasowany wybuch pandemii nieznanej choroby nie pozostawił ludzkości żadnej nadziei - nie ma na nią szczepionki ani skutecznych lekarstw. Społeczeństwa rozpadają się w chaosie i anarchii, odcięte od prądu i wody. W tych mrocznych czasach każdy może liczyć tylko na siebie.
W konającej Moskwie resztka ocalałych wegetuje w strachu przed zarazą i jej nosicielami. Anna z rodziną i przyjaciółmi wie, że aby przetrwać, trzeba przejąć inicjatywę. Ucieczka w odległe miejsce z dostępem do świeżej wody i żywności, byle jak najdalej od epicentrum choroby, wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Wybór pada na małą chatkę na wysepce jeziora Wong w Karelii przy granicy z Finlandią. W drodze Anna musi chronić swego syna i uporać się z lękiem przed zarażeniem wirusem. Największym wyzwaniem będzie jednak poradzenie sobie ze skomplikowanymi relacjami łączącymi jej ukochanego mężczyznę Sieriożę z byłą żoną Irą…
Pandemia to odświeżające połączenie thrillera, powieści drogi i postapokalipsy. 
 
Fabuła skojarzyła mi się ze wszelkiej maści filmami katastroficznymi typu "2012", choć tam niebezpieczeństwem są żywioły. Autorka wprowadziła jednak pewne zmiany w "podręcznikowym bohaterze gatunku".  W wyżej wymienionych najczęściej jest to facet, który wie jak uratować świat, ewentualnie swoją rodzinę, ale z tym drugim gorzej, bo już do tej rodziny nie należy. Żona ma nowego męża, a dzieci wolą nowego tatusia. Ostatecznie nowy mąż ginie w trakcie, a naszemu bohaterowi udaje się uratować świat i rodzinę - również w znaczeniu emocjonalnym.
Jana Wagner wywróciła ten topos na lewą stronę. I za to brawo. Okazuje się, że można skorzystać z pewnego wzoru, a jednak zrobić to po swojemu. Na tym zresztą zależało autorce:

 "Marzyłam o przyczynieniu się do rehabilitacji literatury postapokaliptycznej. Wszyscy pytali mnie: po co? A ja doskonale wiedziałam, po co. Książek o upadku cywilizacji jest mnóstwo - wystarczy poszperać w księgarniach na półkach z fantastyką. Uginają się od wtórności, autorów kopiujących zachodnie filmy i siebie nawzajem: tysiące jednakowych tekstów w seryjnych okładkach. Ten przepiękny gatunek stał się literaturą niższego lotu. Stworzyłam Pandemię, żeby przełamać ten szablon. Dlatego, że koniec świata to wymagający temat, zasługuje na poważne podejście i trzeba szanować czytelnika, pisząc uczciwie i serio”.


I trzeba przyznać, że to się udało.

Bohaterką i narratorką "Pandemii" jest kobieta, nie mężczyzna, i to nie ona wpadała na pomysł, by się ratować - ktoś musiał jej to uświadomić, aż wreszcie ona jest tą nową w rodzinie. Jej mąż, Sierioża był już żonaty i ma z tamtą kobietą trzyletniego syna. I to właśnie jemu włączył się mechanizm ratowania rodziny. Czy raczej obu rodzin...

A relacje rodzinne są w tej książce świetnie ukazane na wielu płaszczyznach. Oczywiście poznajemy je głównie z punktu widzenia Anny, ale dotyczą zarówno więzów rodzicielskich, małżeńskich czy właśnie skomplikowanych stosunków z "poprzednią" rodziną  Sierioży.

 
"W dzieciństwie lubiłam przed snem przeprowadzać w myślach przegląd moich dziecięcych skarbów, a następnego ranka zwracałam się do pozostałych z pytaniem:
- Co wyniesiesz z domu, jeśli zdarzy się pożar? - Można było wybrać tylko jedną rzecz, taka była zasada. Wszyscy żartowali i wymieniali jakieś głupstwo, a raz mama powiedziała:
 - Oczywiście, że wyniosę ciebie głuptasie.
Rozzłościłam się i zamachałam rękami:
- Mamo, przecież mówię: rzecz, trzeba wybrać tylko jedną rzecz.
Kiedy urodził się Miszka zrozumiałam, co miała na myśli"

W samym środku walki o przeżycie, Anna toczy swoją walkę. Walczy z zazdrością i nienawiścią do byłej kobiety swojego ukochanego, jednocześnie walcząc z nawiną próbą przypodobania się jej, walczy z trzyletnim chłopcem o chwilę uwagi męża i wreszcie walczy z postrzeganiem bycia tą drugą.
 
"Ruda ma swojego męża - odpowiedziała gospodyni. -  A tej cudzy się spodobał."
 
Naprawdę bardzo dobrze, że autorka poruszyła te kwestie. To, że człowiek stoi w obliczu zagłady, nie znaczy, że zapomni o rzeczach bardziej przyziemnych. I, choć najważniejsze jest, by wsiąść w samochód i uciec jak najdalej od "goniącej nas fali", to nie znaczy, że ludzie nie pokłócą się o to, kto z kim, w jakim samochodzie i w jakiej kolejności ma jechać. Ba! Wtedy takie rzeczy wydają się niezwykle istotne, bo świat właśnie się skończył i powstaje na nowo, trzeba zaznaczyć swoje terytorium. Swoją pozycję w grupie.

Wszak szerząca się zaraza to tylko jedno z czyhających zagrożeń, drugim, znacznie większym, są ludzie. Czy w takiej sytuacji jest miejsce na zwykłą solidarność, czy każdy walczy tylko o swoje? Czy w obliczu niebezpieczeństwa zwycięży instynkt przetrwania czy chęć ratowania gatunku? Czy problemem będzie podzielenie się swoimi zapasami czy odmówienie osobie, która potrzebuje pomocy, kona, ale i tak umrze, więc racjonalnie lepiej zachować puszkę konserwy dla tych, którzy mają szanse przeżyć?
"Pandemia" w całej swojej inności spełnia podstawowe cechy postapo - jest anarchia, jest walka o życie, schronienie, jedzenie. Jest walka o człowieczeństwo.

 "On umrze - pomyślałam, z tępą ciekawością zaglądając w nieruchome oczy taty. A może już umarł? Niech ona zabierze rękę, bo nie mogę się przyjrzeć. Jeszcze nie widziałam jak umiera człowiek. Tylko w kinie. Nie czułam lęku ani żalu tylko ciekawość, za którą na pewno będzie mi później wstyd."
 
"To nie pomoże, bo on i tak umrze, on już umarł, ponieważ ktoś z nas powinien umrzeć, żeby zapłacić za te ostatnie dwieście kilometrów, inaczej nie byłoby nam dane przejechać. Dlaczego nikt tego nie rozumie oprócz mnie"
(...) Jeszcze nie zapłaciliśmy, nie zapłaciliśmy, a tak się nie zdarza. Jeszcze niczego w tym życiu nie dostałam za darmo..."

Co jeszcze mogę napisać. Styl dobry, czytało się szybko. Jak na pierwszoosobową narrację trzeba przyznać, że był zachowany jakiś zdrowy sposób relacji wydarzeń. Wiadomo, Anna momentami chciała być bohaterką, ale nie zabrakło i panikary. Obie postawy jakże są irytujące, ale czyż nie ludzkie?

I choć wyrażam ogromny szacunek do opisywania panujących w grupie relacji i ukazania ludzkiej psychiki w obliczu zagrożenia, to jednak tęskniłam za akcją. Taką z krwi i kości. Oczywiście, bohaterom nie brakowało przygód, ale poszczególne wydarzenia można by bardziej rozwinąć, podkręcić. Tak, czytałam pewne fragmenty na wdechu, ale daleko mi było do palpitacji serca i tego mi zabrakło (masochistka, co poradzę :)). Niemniej ogromny plus daję za brak kiczu. Mam nadzieję, że jeśli ktoś kiedyś weźmie się za ekranizację, czego nie wykluczam, a nawet wróżę, to nie zobaczymy tam scen typu: rozpadająca się droga pod kołami samochodu i przejeżdżanie pod zawalającym się mostem. Tego nie zdzierżę.

Nie wiem jakie ma plany autorka, ale jak dla mnie ta książka aż prosi się o kontynuację.

Ocena tradycyjna: 9/10
Moja ocena: wyższa półka
 
"Pandemię" zrecenzowałam służbowo :) dla portalu eKulturalni.pl. 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

sobota, 14 lutego 2015

Stefan Darda: Czarny Wygon. Starzyzna (recenzja)

Aj, sesja, a potem posesyjne zaległości w pracy, domu i czytaniu pogłębiały moje zaległości tu. Ale oto mam recenzję, zapowiadaną zresztą od dawna.


"Starzyzna" to druga część cyklu "Czarny Wygon". Recenzję pierwszej - Słonecznej doliny - znajdziecie TUTAJ. W tej oczywiście mogą znaleźć się treści zdradzające fabułę pierwszej- więc zarówno książki, jak i recenzje radzę wam czytać w kolejności chronologicznej.


Krzysztof Piasecki, który przekazał Witoldowi notatki Rafała Gielmudy, okazał się tym Gielmudą być. Mężczyzna spędził w przeklętej wiosce trzy lata. Znalazł się w niej niby przypadkiem, jechał samochodem i nagle wylądował się w innym wymiarze. Piszę niby, bo Starzyźnie trudno znaleźć się przez przypadek. Na taki pobyt trzeba sobie zasłużyć...
Gielmuda trafił tam w wielki piątek, wtedy niewidzialna brama stojąca między dwoma światami otworzyła się. Razem więc ze swoimi nowymi znajomymi z przeklętej wioski uznali, że skoro dostać można się tu tego jednego dnia w roku, to wyjść pewnie też. Pierwsza próba zakończyła się fiaskiem, ale druga przebiegła pomyślnie.  Bohaterom udało przedostać się do normalnego świata. Nic, tylko powiedzieć:
I wszyscy żyli długo i szczęśliwie...
No, niestety. Nie w powieści grozy.

Jak pamiętacie z pierwszej części - życie w Starzynie się zatrzymało. Ludzie się nie starzeli, przedmioty nie zużywały. Czas stanął w miejscu. I kiedy Rafałowi i jego nowej rodzinie (bo związał się z Helenką;urodziła im się nawet córeczka - Paulinka), udało dostać się do teraźniejszości, czas zaczął upominać się o swoje. Mieszkańcy Starzyzny starzeli się dużo szybciej, a klątwa nie ominęła nawet dziecka.

Gielmuda musi zrobić wszystko, by uratować córeczkę, tym bardziej, że w rodzinie Helenki  były przypadki, kiedy dzieci umierały przed piątym rokiem życia. A sposób na cofnięcie klątwy jest tylko jeden. Trzeba podać informacje o niej do wiadomości publicznej. Po to potrzebny był mu Uchman -  aby o tym napisał. Gorzej, że po trzech latach obecności w Starzyźnie, Gielmuda nadal nie wie co tam się stało. Musi więc wybrać się tam ponownie...

I wtedy Witold Uchman, i chce pomóc, i boi się...

"Mężczyzna znajdzie się w Starzyźnie na własne życzenie, próbując ratować małą dziewczynkę - córkę kogoś, kogo kilka tygodni wcześniej nawet nie znał. Miał ryzykować życiem i tym, ze już nigdy nie wróci do świata, w którym się wychował, i w którym zamierzał dopełnić swoich dni. Nazywał się Witold Uchman. Tak samo jak ja."

"- Jestem tchórzem, rozumiesz? - wysyczałem. - Nie mogę mu pomóc i całe te twoje gadki o trudnych chwilach się nie sprawdzają."

Jak nie trudno się domyślić, Uchman w Starzyźnie jednak wylądował. Zamieszkał z kilkoma pozostałymi mieszkańcami wioski i w końcu wymusił na nich zdradzenie tej wielkiej tajemnicy. Choć nie została ona odkryta w pierwszej części, mniej więcej można było się domyślić co się stało, albo przynajmniej kto był za tragedię odpowiedzialny. Szczegóły nadal pozostawały jednak zagadką i to właśnie one przyprawiają o dreszcze. Po przeczytaniu tego fragmentu, z pewnością stwierdzicie, że kara mieszkańcom Starzyzny się należała. Z drugiej strony, może zrobić się wam ich żal.

"Obrzydzenie i złość ustępowały miejsca zwykłemu współczuciu. I rodzącemu się przekonaniu, że wtedy, na ich miejscu zachowałabym się tak samo."


Dużo fabuły znalazło się w tej recenzji, ale ciężko byłoby mi przedstawiać wam moje odczucia, bez takiego wstępu.
To teraz opinia. Styl i nastrój książki był podobny do poprzedniej, choć nieco drażnił mnie fragment przygotowań do wyprawy. Pewnym było, że do niej dojdzie i po prostu chciałam, żeby już się działo, żeby już któryś z nich (lub obaj) znalazł się w przeklętej wiosce, żeby zaczęło być niebezpiecznie (masochistka ze mnie, co mam zrobić? :) ). Tam rzeczywiście akcja nabrała tempa, a moje emocje skupiały się na kibicowaniu kolejnej grupie, by udało im się wydostać. Oczywiście nie pomagały im w tym pozagrobowe istoty  ze świecącymi ślepiami.  

 W tej części nieco bliżej poznaliśmy Uchmana, w poprzedniej (choć również to on był narratorem) wydawał się taki odległy. Tu historia była bardziej jego, w końcu to on był teraz tam, gdzie był. Teraz nie czytał notatek o pobycie w Starzyźnie, ale sam go doświadczał. 

"Nie było dla mnie zaskoczeniem, że czas tego popołudnia gnał jak opętany. Już przed wielu laty zauważyłem, że gdy w perspektywie jest jakieś mało sympatyczne zdarzenie, gdy chciałoby się, aby trochę zwolnił, upływające godziny złośliwie przyśpieszają swój bieg"


I przede wszystkim Witoldowi należą się gratulacje, bo zachowywał się po męsku i godnie. Czy jego szlachetność będzie kontynuowana w kolejnej części? I co najważniejsze czy dopisze mu takie szczęście jak Gielmudzie. Uda mu się uciec? Nic, tylko przeczytać i się dowiedzieć.

Dodam jeszcze, że okłada drugiej części jest świetna. Idealnie oddaje klimat książki.
Ocena tradycyjna: 8/10

Moja Ocena: wyższa półka



środa, 11 lutego 2015

PATRONAT: Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica

Oto ona. Cieszę się z niej prawie jak z własnej :) Pierwsza książka pod szufladopółkowym patronatem. Radość tym większa, że jej autorką jest moja koleżanka. Och, czy ja już wam wspomniałam, jaka jestem szczęśliwa, że należę do Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego? Oczywiście - pisałam to np.  TUTAJ i TUTAJ.

Izabela Chojnacka - Skibicka również do tego klubu należy. Na swoim koncie ma już jedną książkę - "Miłość na gruzach Kosowa" - w której opisała dokładnie to, o czym mówi tytuł. Ale dziś nie o niej. Dziś o tej drugiej. Nowej.

24 lutego ukaże się "Zupa z pokrzyw, duch i tajemnica" - no i weź nie przeczytaj książki o tak intrygującym tytule.  Już nie mogę się doczekać. Recenzja oczywiście się tu pojawi :)

A teraz kilka słów o fabule. Prosto z okładki:

Zosia od dawna marzyła o domu z duszą i duchami. Kiedy udało jej się przekonać męża i wspólnie kupili stary dom na wsi nie przypuszczała, że będzie już w nim ”dziki” lokator… Usiłując mu pomóc, Zosia  zagłębia się w historię swojego domu i wsi. Czego dowie się, czy da radę rozwiązać tajemnicę sprzed kilkudziesięciu lat i dowie się, jak robi się zupę z pokrzyw?

A tak wygląda tył okładki. Razem z logo Szufladopółki :)





I notka o autorce w dwóch wersjach -  tę drugą napisała jej 14-letnia córka, Laura. Ja, jako mama czteroletniej pociechy, rozklejam się za każdym razem, gdy słyszę wyznanie miłości od mojej córeczki. I wiem, że to co napisała o mamie Laura, to najpiękniejszy prezent jaki matka może otrzymać od dziecka. Prawda, Izo? :)
 Notka o autorce nr 1
Izabela Chojnacka-Skibicka - nie chce podać roku urodzenia, ale wspomina że była pięciolatką kiedy ogłoszono stan wojenny w Polsce.
Żona Łukasza, matka czternastoletniej Laury i czteroletniego Konrada.
Od zawsze robi wszystko na przekór. W 2000 roku wyjechała do Kosowa, skąd kilka lat później uciekła z maleńką córką. Swoje dramatyczne przeżycia w powojennej byłej Jugosławii opisała w książce „Miłość na gruzach Kosowa”.
W 2009 roku wraz z rodziną kupiła stary dom na wsi w powiecie malborskim. Pokochała Żuławy i grzebanie po łokcie w ziemi. Członkini Stowarzyszenia „Alternatywni”, Stowarzyszenia „Kochamy Żuławy” oraz Malborskiego Stowarzyszenia „Oś”.

A to zdjęcie właśnie przed tym starym domem :)


Notka o autorce nr 2
Oto, co mówi o niej córka Laura:
„Jest  najwspanialszą mamą na świecie. Życie z nią pod jednym dachem to zaszczyt i przyjemność, nawet jeśli codziennie gania mnie z miotłą, żebym posprzątała. Jest bardzo troskliwa, naprawdę... Potrafi dzwonić co 5 minut z pytaniem, czy oddycham. Zawsze z rana budzi mnie hałasem z kuchni, gotuje coś. Naprawdę dobrze gotuje. Gdy oświadczam, że zaczynam dietę, ta kobieta piecze ciasto i stawia mi je przed nosem mówiąc, że to z miłości.
Jest dla mnie jak najlepsza przyjaciółka. Pozwala mi na rzeczy, na które inna mama w życiu by nie pozwoliła. Mamy ulubiony film z Demi Moore, który wspólnie oglądamy dziesiątki razy. Ta kobieta to skarb, cieszę się, że ją mam. Kocham ją najbardziej na świecie i nie wiem, co bym bez niej zrobiła.
Pewnie bym zginęła...  

I co, chcielibyście przeczytać tę książkę?