sobota, 25 października 2014

Poeta dbający o każde słowo - Wojciech Jacek Pelc. O wieczorze autorskim i twórczości

Bardzo lubię dwa kolory: zgniłozielony, khaki, oliwkowy, czy jak go tam nazwać i brązowy. To uczucie tak silne, że jeśli widzę ciuchy w tych kolorach od razu mi się podobają. A jeśli idę kupić sobie jakieś ubranie i wybrany przeze mnie fason jest dostępny we wszystkich kolorach tęczy - ja wybiorę zielony lub brązowy.
Podobnie mam z Wojtkiem, a raczej - żeby nie było nadinterpretacji - z jego wierszami.

W Alternatywnym Elbląskim Klubie Literackim, do którego oboje należymy, jak można się domyślać, ćwiczymy warsztat. Omawiamy swoje teksty, oceniamy je i co miesiąc głosujemy na najlepsze. I nie wiem jak to się dzieje, ale chyba zawsze głosuję przynajmniej na jeden wiersz Wojtka... (coś mi mówi, że mam tak też z wierszami Dominiki, ale wybacz kochana, nie o Tobie ten tekst :))

W miniony piątek Wojtek Jacek Pelc był bohaterem Elbląskiej Sceny Literackiej. Trzy słowa o nim, za informacją prasową, czy też Dominiką Lewicką - Klucznik:

Związany z Elblągiem, choć tutaj nie mieszka, rozwija swój talent w Alternatywnym Elbląskiem Klubie Literackim. To laureat wielu konkursów, twórca doceniany na spotkaniach i konfrontacjach literackich. A debiut wydawniczy jeszcze przed nim, ale to mam nadzieję niebawem się zmieni.
Poezja Wojtka jest bardzo zróżnicowana - od długich narracyjnych form do lapidarnych wierszy, od wspomnień dzieciństwa po odważne erotyki, od tekstów podszytych historią po wędrówki po zapomnianych kapliczkach. W tej poezji ważne jest wrażenie, którego doznajemy w danej chwili. Ale to wrażenie wbrew pozorom staje się bardzo uniwersalne. To poezja inteligentna. To poeta dbający o słowo. Każde słowo.


niedziela, 5 października 2014

Daj się zarazić. "Wirus" - Guillermo del Toro, Chuck Hogan [recenzja]


Kiedy usłyszałam o tej książce, od razu chciałam ją przeczytać. I uznałam, że mój gust zmienia się na starość. Co może się wydawać dość dziwne, bo takie zainteresowania powinnam mieć raczej jako nastolatka, a nie stateczna matka i żona :)  Choć zawsze uwielbiałam czarownice, co mi zostało do dziś :) - zombie i wampiry jakoś nigdy nie przypadły mi do gustu. Znaczy do czasu, bo potem Stephen King przekonał mnie do tych drugich (pisałam o tym tutaj), no a zombie-serial "The Walking Dead" pochłonął mnie bez reszty. Ale do brzegu. King pisząc o wampirach pokazał, że niekoniecznie jest to zmieniający się w nietoperza pan w fioletowej pelerynie. Oczywiście Dracula to klasyk i nie mogę się o nim źle wypowiadać, jednak wgryzające się w szyję dziewic monstra jakoś mnie nie przekonywały...

Opis wydawcy:
W Nowym Jorku ląduje samolot z Europy. Zaniepokojeni kontrolerzy lotu nie są w stanie nawiązać z nim łączności, zasłony w oknach są zaciągnięte, a światła wyłączone. Drzwi pozostają zamknięte, a ze środka nikt nie wysiada. Władze obawiają się zagrożenia śmiercionośnym wirusem, więc na miejsce lądowania zostaje wezwana ekipa z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, z Ephraimem Goodweatherem na czele. Spośród ponad dwustu pasażerów żyje tylko czworo. W samolocie-widmie nie znaleziono żadnych trujących substancji, a ofiary wyglądają jakby spały. Co mogło spowodować śmierć tylu osób? Ponadto śledczych i patologów już wkrótce zaniepokoją upiorne metamorfozy zachodzące w ciałach.

Jak czytamy w opisie, głównym bohaterem jest doktor z  Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób. Pomagają mu koleżanka z pracy Nora i starszy człowiek Abraham Setrakian, który przekonuje Epha, że wie co się dzieje, oczywiście poza tą dwójką, nasz doktor nie może liczyć na nicyzją pomoc. Nikt mu nie wierzy. Albo nie chce uwierzyć...
Od razu rzuca się w oczy schemat rodem z katastroficznych filmów i mój "podręcznikowy" główny (tu właśnie "katastoficzny") bohater -  poświęca się pracy, przez co traci rodzinę, żona ma nowego faceta, ale  to właśnie on ma uratować świat i swoją rodzinę przy okazji też. Czy mu się uda? Jakiś tydzień temu po raz kolejny oglądałam film "2012" i naprawdę czytając tę książkę miałam deja vu :).

Książka dostaje ode mnie dwa duże plusy. Pierwszy właśnie za to, że wampiryzm był tu przedstawiony jako choroba, tytułowy "Wirus". Wywoływany przez atakujące organizm nicienie, pasożyty spragnione krwi. Tu wampiry zamiast wypiłowanych kłów miały żądło, które wysysało krew z ofiar. Może wyjdę na nawiną, paranoiczkę lub zdeklarowaną zwolenniczkę teorii spiskowych, (ewentualnie żyjącą w świecie książek/seriali), jeśli powiem to na głos, ale naprawdę jestem w stanie uwierzyć, że mogą pojawić się takie dziwne choroby. Może i nie zamienią nas od razu w chodzące trupy, ale nietypowa narośl czy agresywne zachowanie nie wydają się jakoś szczególnie nieprawdopodobne, prawda?

"- Jeśli tę chorobę wywołuje wirus, muszę uczynić wszystko, co w mojej mocy, aby znaleźć lekarstwo.
 - Jest tylko jedno lekarstwo: śmierć."

To był plus numer jeden. A drugi trochę przekornie  - za to, że jednak jest tu nawiązanie do dawnych legend. Bo początek "Wirusa" miał miejsce w Rumuni, czyli dokładnie tam, skąd pochodził legendarny Dracula. Bo jak już kiedyś pisałam - wampir to nie wymysł Hollywood, ale postać z naszej, slowiańskiej mitologii, do której, jak wiecie mam sentyment :)


" Strzygo, mój miecz śpiewa srebrem"

Tak zabijając wampira zwracał się do niego Setrakian. Starzec tłumaczył, że tak niegdyś nazywano wampiry. Choć z tego co mi wiadomo, jest  pewna różnica między wampirami a strzygami. Tymi drugimi były kobiety, które umierały w noc swojego ślubu i zamiast ostrych kłów miały dwa rzędy zębów, nie zawsze jednak gryzły, często zadrapywały swoje ofiary, a zranione miejsce gniło, rana rozprzestrzeniała się i w konsekwencji doprowadzała do śmierci. Jednak mitologia słowiańska jest tak złożona i mająca tyle odłamów, ile ludów, dlatego też słowa te mogły stać synonimami. W uogólnieniu pod słowem "upiór" miały się kryć zarówno strzygi, wampiry jak i zombie. Dobra, koniec mądrzenia się :)

Jeśli chodzi o styl to nie mam zastrzeżeń, ale i nie jestem nim jakoś szczególnie zachwycona. Uwielbiam napięcie, kiedy ściska mnie w klatce piersiowej (tak, jestem masochistką :)) tu tego niestety nie było. Tu nie zwroty akcji sprawiały, że przekładało się kartka po kartce, ale zwykła ciekawość. Czasami jednak wiało nudą, a "akcje bez akcji" dłużyzną. W książce było mnóstwo bohaterów, ale autorom udało się pisać o nich tak, by się nam nie pomieszały. A będąc już przy autorach - zawsze doceniam pisanie w duecie, bo tu trzeba nie tylko talentu, ale i umiejętności pójścia na kompromis. Rozumiem pisanie pracy naukowej w kilka osób, tam można podzielić się tematycznie, na rozdziały itp., ale wspólnie pisana fikcja? Jak wejść do głowy tej drugiej osoby, jak mieć 'taką samą" wyobraźnię? Uważam to za trudne i podziwiam.  Podobały mi się też interludia - lubię takie wtrącenia. Zawsze punktuję też polskie wątki, choć tu pojawiał się akurat w kontekście hitlerowskich obozów na terenie naszego kraju, ale kilka razy słowo Polska pojawiło się w tej książce i to odmienione przez różne przypadki, więc plus jest.

No i nie mogę powiedzieć o serialu, który powstał na podstawie książki, i który możliwe, że opęta mnie jak Walking Dead (choć to nie ten sam poziom adrenaliny), tym bardziej, że reżyseruje go sam autor książki - Guillermo del Toro. Ale myślę, że będę oglądać, tak jak przeczytam kolejne części trylogii, bo "Wirus" to dopiero początek.


Wirus przeczytałam służbowo :) Więc recenzję obowiązkowo wrzucam też na eKulturalni.pl, gdzie książka od Zysk i S-ka będzie do wygrania więc chętnych odsyłam was tam, :)


Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka

---

Tytuł: Wirus
Autor: Guillermo del Toro, Chuck Hogan
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ta książka bierze udział w wyzwaniu przeczytam tyle ile mam wzrostu.

3 za 1!

Odpowiadam na wyzwanie Wioli z Subiektywnie o książkach :) Właściwie to sama je sobie postawiłam,  zainspirowana jej wpisami o tanich książkach. Zdeklarowałam się w komentarzu że pokażę, jakie cudeńka upolowałam ja, to słowa trzeba dotrzymać.
Kupiłam je w Gdańsku,  niestety nie pamiętam jak nazwa się księgarnia, ale taniocha tam :) W każdym razie jest szansa, że będę bywała tam częściej i dokładnie pamiętam, gdzie mieści się ten raj książkoholika. I tak do mojej kolekcji nieprzeczytanych (bo kiedy) książek :) trafiły:

"Pole krwi" Denise Mina
"Jezioro" Arnaldur Indridason
"Zapora" Henning Mankell.



Kosztowały po 5 zł jedna, wcześniej były po15 zł, czyli ja - uwaga pochwalę się umiejętnościami matematycznymi - zamiast 45 zł zapłaciłam 15! 3 w cenie jednej. :) Te były wyjątkowo tanie, bo to pozostałości po kolekcji "Polityki" "Lato z kryminałem" z 2013 roku, ale jak dla mnie to świeżynki, bo ich nie miałam i nie czytałam :) Książki bardziej na czasie, kosztują jakieś 10, a nawet 20 złotych mniej.

A jakie są Wasze ostanie małe grzeszki pt. miałam/em już nie kupować, ale było tak tanio...? :)

To już rok! Po konkursie.

Zaległy post z gali rozdania nagród Konkursu Literackiego Fundacji Elbląg. W tym roku nie startowałam. Z dwóch powodów: po pierwsze nie ukończyłam jeszcze drugiej części - och, weny i CZASU ostatnio brak... :( Po drugie: książkę zgłasza się anonimowo, nawet gdybym skończyła, to jury raczej rozpoznałoby, że to kontynuacja :)
Ale za to byłam "częścią artystyczną" :) Organizatorzy poprosili mnie, bym przeczytała fragment swojej powieści. Ubrałam się w literkową sukienką i poszłam poczytać :)

Literkowa sukienka na literkowy wieczór :)


Trochę info, za organizatorami:

W tegorocznej edycji Kapituła Konkursu pod przewodnictwem dra Ryszarda Tomczyka postanowiła przyznać dwie nagrody w kategorii Elbląska Książka Roku 2013, natomiast w kategorii Elbląski Rękopis Roku 2013 wyróżnić jeden utwór. Laureatami pierwszej kategorii został Wiktor Mazurkiewicz za tomik „ad libitum", zaś nagrodę specjalną otrzymała Ewa Karolak za książkę „Tajemnice Krasnego Lasu. Nagrodą dla autorów w tej kategorii jest nagroda finansowa w wysokości 2000 zł z przeznaczeniem na rozwój twórczości literackiej.

W kategorii Elbląski Rękopis Roku 2013 Kapituła Konkursu nie przyznała nagrody głównej żadnej ze zgłoszonych do konkursu rękopisów. Wyróżniła natomiast dramat pt. „Dylematy" Mirosława Dymczaka. 

Więcej informacji o nagrodzonych i wyróżnionych tekstach oraz  zdjęć na stronie Fundacji.


Tytuł posta brzmi, że to już rok. Rok temu na takiej imprezie to przyjmowałam kwiaty, gratulacje i główną nagrodę - publikację mojej debiutanckiej powieści. Swoich uczuć z takiej chwili do dziś nie potrafię opisać - ale bardziej świeże wspomnienia -- >TUTAJ
Od razu powiem Wam, że akcja "Moja książka w Waszych rekach" ma się już ku końcowi - czekam na ostatnie dwie recenzje i wtedy napiszę post z podsumowaniem tej podróży. A potem, kto wie? Może wyśle je dalej? Tymczasem wszystkich piszących zachęcam, by wyciągali swoje teksty z szuflady i przenieśli je na półkę, To mówię ja, Szufladopółka :) Zobaczcie, jak to pięknie wygląda:

Znaczna część z nich już wyszła... :)


A na koniec takie ładne zestawienie tytułu ze zdjęciem. Takie tam, wyrwane z kontekstu :) O ja niepokorna! ;P