poniedziałek, 30 grudnia 2013

Coś jakby podsumowanie roku - w tym spełnione marzenie :)

Piszę "coś jakby podsumowanie", nie dlatego, że post nim nie będzie, ale dlatego, że nie wiem czy mam co podsumować. Kiedy czytam wpisy innych blogerów, palę się ze wstydu - tyle książek przeczytaliście. Tyle recenzji napisaliście... I ja siebie nazywam molem książkowym? Ale coś tam się jednak działo, o czymś tam jednak można napisać.

Rzecz najważniejsza: 
Spełnione marzenie. Wygrana w Konkursie Literackim Fundacji Elbląg, w kategorii Elbląski Rękopis Roku, a co za tym idzie wydanie mojej powieści. Pisałam o tym --> Tutaj. Książka pojawi się w Nowym Roku. Wrócę do niej jeszcze na końcu posta. Ale najpierw:
Rzecz równie ważna:  ten blog.
Założyłam sobie konto na blogerze już w kwietniu, ale jakoś albo nie było czasu, ale nie było co napisać. W końcu wzięłam się za siebie i w lipcu pojawił się pierwszy post. Statystyki nie są powalające, ale wiecie jak jest - ciągły brak czasu. Dzielę go między rodzinę (mam męża i prawie trzyletnią córeczkę), pracę, pisanie własnej twórczości, pisanie recenzji i innych rzeczy na bloga i czytanie. Jak nie znajdę czasu na to ostatnie, to i na recenzję nie ma co liczyć. Uwielbiam czytać, ale liczba przeczytanych w tym roku książek nie powala. Na wszelki wypadek nie stawiałam sobie żadnych wyzwań, bo czułam, że będzie ciężko. Ale jakby się tak uprzeć coś się udało - przeczytam tyle, ile mam lat. W moim przypadku to 28 - choć, żeby je spełnić to muszę skończyć do jutra do północy jedną książkę - dam radę. Ale jeśli zaliczyć tu podręczniki/leksykony ("Mitologia Słowian", Geysztor, "Mity, legendy i wierzenia dawnych Słowian", Strzelczyk)- które raczej przerabiam niż czytam - wybieram fragmenty, które mnie bardziej interesują/są potrzebne, to będzie tych przeczytanych nawet trzydzieści. Jednak przerabiam je już drugi raz, więc nie wiem czy się liczy :)  Recenzji wszystkich książek nie znajdziecie na blogu, bo jak wspomniałam prowadzę go dopiero od lipca. Ale jego prowadzenie zmotywowało mnie do tego, by recenzować wszystko, co przeczytałam. Wcześniej ograniczałam się do recenzji ulubionych tytułów lub krótkich opinii.
Jestem bardzo szczęśliwa, że mimo mojego braku systematyczności zaglądacie na mój blog. Niedawno przekroczyłam dwa tysiące wyświetleń, zdobyłam pierwszego obserwatora, a moje wpisy zaczynają być komentowane. No i mam 140 fanów na fejsie - tu jest mój fan page - zapraszam :) Dziękuję Wam bardzo. Nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć sobie postanowienie noworoczne: więcej czytać i więcej wrzucać na bloga. Myślcie sobie o postanowieniach, co chcecie, ale ja albo sobie ich nie stawiam albo je spełniam.
Tymczasem przypominam, że oprócz recenzji zamieszczam też swoją twórczość - zapraszam do czytania. Właśnie dodałam pierwszy fragment opowiadania pt. "Wartość". 
A już w Nowym Roku napiszę to i owo o mojej powieści. Już teraz Wam zdradzę, że książka nie będzie na sprzedaż - jest wydana przez Fundację i ani ja ani ona nie będziemy mieli z tego tytułu przychodów. Egzemplarze będą bezpłatne i w niewielkim nakładzie, ale dla Was, kochani znajdzie się coś w pierwszej kolejności :) Ale coś mam dla Was już teraz. Tak wygląda okładka i tu podziękowania dla pani Anny Wojszel - poznałam ją przez internet, za pośrednictwem portalu (dla pasjonatów i twórców), w którym pracuję. Uwaga! Reklama :) Zowie się eKulturalni.pl i go uwielbiam, a dokładnie zalogowane i aktywne tam osoby -  was też zapraszam :) Tak więc: pani Anna jest autorką zdjęcia i projektu okładki w ogóle. A oto jej dzieło: (moje w środku :)) więcej o książce w styczniu.

Spady pokonkursowe: Wartość - fragment 1

Obiecałam spady pokonkursowe, ale na opowiadaniu "Woń" się skończyło, a było ich więcej - wierzcie mi. Po prostu musiałam znowu do nich zerknąć. Ten fragment zaniosłam na warsztaty klubu literackiego, do którego od niedawna należę - wprowadziłam kilka zmian sugerowanych przez znajomych. O klubie napiszę niebawem - tymczasem zapraszam Was do lektury. Opowiadanie  pt. "Wartość" powstało na konkurs "Pin i zielonym" organizowany w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. 
Podpowiedź jurorów była taka:  
Kraj lajków, odsetek, prowizji i marż, najsłodszą mamonę i studnię bez dna, horror dżentelmenów, namiętność cinkciarzy, kolejkę w Biedronce i lans na deptaku, chwilówkę jak haj, petycję o lekkość obyczajów płciowych, dogmaty z plastiku, nawroty debetów, laskę z windykacji, seks bezdotykowy, wypad do galerii, rundkę po śmietnikach, apkę na iPada, pana komornika bardzo ładny łom, plażę za drutami i najnowszy LED — wszystko co coś warte: nam opisz i przyślij. PIN I ZIELONYM.
Skoro "Wartość" wylądowała w spadach, znaczy, że nie wygrałam :) Ale zmierzę się z Waszymi opiniami :) Przed Wami pierwszy fragment, ale będą jeszcze trzy (dodam w kilkudniowych odstępach) - albo i więcej, jak mnie fantazja poniesie i będę dopisywać na bieżąco :)

Wartość
fragment 1

W (nie)dalekiej przyszłości
Marta Debet zastanawiała się gdzie jest. Gdzieś z oddali, pomiędzy wszechobecnym szumem docierał do niej ten charakterystyczny odgłos. Znała go, ale  nie mogła sprecyzować. Przerywany dźwięk na pewno pochodził z jakiejś maszyny, kojarzył się z nadawanym radiowo sygnałem w alfabecie morsa. Pik - przerwa - pik -  przerwa. Dźwięk stawał się coraz bardziej drażniący. Nie miała siły otworzyć oczu, ale coś jej mówiło, że jest w szpitalu, że słyszy odgłos maszyny kontrolującej bicie serca. Stopniowo odzyskiwała świadomość, chyba udało jej się na chwilę otworzyć oczy, dostrzegła rząd jakiś zielonych cyferek, ale nie widziała wyraźnie. Czuła natomiast, że energiczne macha rękami. Chciała przestać, ale wysyłany przez mózg przekaz nie docierał do rąk. Pracowały jak automat. Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie, ktoś wrzeszczał, nie była pewna, ale chyba to na nią krzyczeli. Jakaś kobieta wydzierała się, że co ona sobie myśli, że jak można się tak zachowywać, i że trzeba zrobić z tym porządek. Marta z wysiłkiem podniosła powieki, zatrzymała się spojrzeniem na dłoniach. Trzymała w nich słoiczek kawioru. Poruszyła ręką, a wtedy do uszu znowu trafił dźwięk. Pik. Przed oczami znowu pojawiły się zielone cyferki - 249.00. Zanim pomyślała, co robi w jej rękach znalazły się paluszki krabowe. Zdezorientowana podniosła głowę do góry. Natychmiast odzyskała jasność myślenia. Nie leżała w szpitalu. Była w pracy. Znowu odpłynęła, nie mogła opanować zmęczenia. Była taka zmęczona. Taka zmęczona. W minionym tygodniu, już trzy razy miała krwotok z nosa. Z błaganiem w oczach spojrzała na awanturującą się klientkę, ale ta nie patrzyła już na nią, tylko mruczała coś pod nosem. Oby nie wezwała kierowniczki.
- I widzisz synku – odezwała się oburzona klientka do towarzyszącego jej chłopca – Tak skończysz, jak nie będziesz się uczył. Będziesz siedział w pieluchach na kasie i pracował jak robot.
Marcie tyle wystarczyło, żeby do końca się obudzić. Spojrzała na kobietę - tleniona blondyna z włosami do pasa, których przynajmniej jedna trzecia długości była doczepiana. Długimi, pomalowanymi na różowo sztucznymi paznokciami przytrzymywała kartę kredytową. Ilość biżuterii, jaka ją zdobiła, świadczyła w mniejszym stopniu o kocie z dużą ilością zer na końcu, a w większym o tandecie. Stojący obok niej chłopak był ubrany w koszulkę z nazwą rockowego, niezbyt popularnego, ale dobrze znanego fanom gatunku, zespołu.
- Nie słuchaj matki. – Marta zwróciła się do dzieciaka. – Pieprzy głupoty. Pielęgnuj swój talent, olej szkołę. Ja jestem po dwóch kierunkach studiów, niestety – zerknęła na matkę i zatrzymała na niej spojrzenie, by podkreślić, że powie teraz, co o niej myśli  - nie miałam bogatych rodziców ani znajomości i nie robię kariery przez łóżko.
Tleniona blondyna spojrzała na nią bliska wybuchu.
- No co się pani tak patrzy? – Marta wzruszyła ramionami. – Pin i zielonym. – powiedziała wskazując terminal.

czwartek, 26 grudnia 2013

Szybki świąteczny post!

Chwila wytchnienia w świątecznej gorączce pozwala mi na szybkie pochwalenie się prezentami od Mikołaja. Oczywiście tymi około-książkowymi. Już nie będę się musiała wstydzić, że nie mam i nie przeczytałam, bo oto do mojej biblioteczki dołączył "Władca pierścieni" Tolkiena - w jednej książce!. A do kompletu - torba na ulubioną książę, której nie omieszkam opisać w gadżetach mola książkowego. Szybka fotka:

Niestety nie doczekałam się pewnego bardzo ważnego prezentu, ale może dlatego, że nie miał być to prezent od Mikołaja. Ale ponoć ma być po Nowym Roku, więc w Nowym Roku będę o tym pisać. Tymczasem, biję się w pierś, bo choć planowałam -  w Wigilię nie udało mi się dostać do komputera, by złożyć Wam życzenia. Więc robię to teraz: Wszystkiego dobrego! Mam nadzieję, że mi wybaczycie nieobecność. Z drugiej strony choć najbardziej lubię, gdy jesteście u mnie - uważam, że święta to czas, by pobyć z rodziną - fizycznie nie wirtualnie :) Jutro lub pojutrze siądę jak człowiek i napiszę coś więcej :) Świętujecie póki możecie!

niedziela, 15 grudnia 2013

"Pod mocnym aniołem" - Jerzy Pilch

Tytuł: Pod mocnym aniołem
Autor: Jerzy Pilch
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 264

"Jak można żyć długo i szczęśliwe bez picia?"

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron pomyślałam, że z tej książki to dopiero będzie recenzja - tyle ciekawych, inteligentnych cytatów. Po przeczytaniu kilkudziesięciu, stwierdziłam, że jednak będzie ciężko, bo żeby przytoczyć wszystkie świetne cytaty, musiałbym przepisać całą powieść. A gdy dobrnęłam do końca, całą moją koncepcję recenzji szlak trafił.

 I tak siedzę teraz i wpatruję się w migający kursor. Co mam o tej książce napisać? Co Wam powiedzieć? Co sama myślę? Ciężko jest, bo mam bardzo sprzeczne uczucia. Nie wiem czy "Pod mocnym aniołem" bardziej mnie zachwyciło czy zawiodło. I w jakiej kolejności przedstawiać swoje spostrzeżenia, żeby ocena była odzwierciedleniem moich odczuć?

Zacznę więc od fabuły. "Pod mocnym aniołem" to historia alkoholika, ściślej pisarza, który jak łatwo się domyślać przepił swoje życie - powieść jest jego spowiedzią, dziennikiem deliryka, próbą zrozumienia swojego nałogu i wyjścia z niego. Pojawia się też miłość. Nowa miłość. Ale nasz bohater miał już dwie żony, dlaczego więc tym razem miałoby być lepiej niż poprzednio.

Jak już wspomniałam, od pierwszych stron urzekły mnie język i styl autora. Zdania wielokrotnie złożone, z  licznymi wtrąceniami, w których metafora metaforę goni. A wszystko zabarwione humorem. Cudo. Dziś co prawda, zarówno odbiorcy jak i piszący są nauczeni, że zdania mają być krótkie i proste. Żeby każdy zrozumiał. Ale tej książce (a pewnie i innym książkom Pilcha, ta jest pierwszą którą czytałam) bliżej do klasyka niż czytadła, więc autor mógł pozwolić sobie na zabiegi stylistyczne (I nie mówię tego z ironią, choć o szeroko pojętych klasykach będzie jeszcze osobny post :) ) 
Ja coś takiego bardzo lubię. Jest tylko małe ale. Jeśli ktoś tak zachwyci mnie na początku, to śmiem twierdzić, że dalej będzie tylko lepiej. I to właśnie czas, by powiedzieć o tym, że się zawiodłam. Im bliżej końca tym zdania te stawały się słabsze, nudne. Mój początkowy podziw nad kunsztem autora powoli zamieniał się w irytację, miałam momentami wrażenie, że przedobrza, że wręcz popisuje się tym swoim bogatym słownictwem, o co oczywiście Pilcha nie podejrzewam, bo nie musi nam niczego udowadniać. Co więc się stało? A nie tylko język przy końcówce osłabł, fabuła też. Zakończenie przewidywalne, żeby nie powiedzieć tandetne. Końcówka skojarzyła mi się z wypracowaniem na ocenę, które pisało się w szkole. Uczeń pisze, rozkręca się, aż tu nagle dzwonek i po bardzo dobrze rozbudowanej pracy następuje jednozdaniowe zakończenie, które drastycznie obniża ocenę. I tak było tu. Autor się rozpędził, ale na metę dotarł od niechcenia.
Nie zmienia to jednak faktu, że problem poruszony w książce jest warty pochylenia się. Myśleliście kiedyś co siedzi w głowie pijaka? Dlaczego pije? Myśli, że dlaczego pije? Jakie są jego przemyślenia? Jakiego używa języka? Bohaterowie "Pod mocnym aniołem" używali dość wyszukanego - ale to właśnie dlatego, że ich dzienniki, spowiedzi, pisał (nie za darmo, a np. za papierosy) właśnie nasz główny bohater - w cywilu pisarz. To mnie rozbroiło: pacjenci na oddziale deliryków mówiąc o wykonywanych przez siebie zawodach mówili: w cywilu jestem kierowcą, w cywilu fryzjer, w cywilu prawnik. Genialne. Prawdziwe. Smutne. Było tu tyle samo powodów do śmiechu jak i do płaczu.
I tak właśnie jest z tą książką - z jednej strony zachwyca, z drugiej zawodzi. Z jednej strony jest ponadprzeciętna, genialna wręcz - próba analizy życia alkoholika, z drugiej banalna - ot, opowieść o żulach. I jest jeszcze jedna opcja - że to autobiografia autora  - więc trudno oczekiwać zakończenia innego, niż tego, które miało miejsce.
 I jak ja niby mam wyciągnąć średnią, jak dać jej punkty w skali od 1 do 10? 
Najpierw - może nie przepiszę całej książki, ale przytoczę kilka cytatów. A że wybrać trudno, wypiszę te, na które trafię wertując książkę:

"Pan ma jednak umysłowość dziecka, i to dziecka mało rozgarniętego"
" (...) ja wiem, przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?"
" przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego (...) Jakie są powody?
"Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna kwestia."
No dobra, starczy, bo to dopiero dziewiętnasta strona...

Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena - jakby nie było - wyższa półka

PS: Zastanawiam się czy ta książka nie będzie przypadkiem początkiem jakiegoś czytelniczego wyzwania, które sobie postawię. Sięgnęłam po nią z kilku powodów, ale główny był taki, że dowiedziałam się, że niebawem do kin trafi film na jej podstawie, a że chciałabym go zobaczyć i wyznaję zasadę najpierw książka później film, tak oto jestem po lekturze.

I zwiastun - jako zachęta. Do przeczytania, ma się rozumieć :)

 http://www.youtube.com/watch?v=bT6k_1ej92A


niedziela, 1 grudnia 2013

Wyniki lajkowego konkursu!

Oj, dziewczyny - bo same przedstawicielki płci pięknej wzięły udział w konkursie - ale mi dałyście trudne zadanie! Z jednej strony żałowałam, że nie było więcej chętnych, ale jak sobie pomyślałam, że miałabym wybierać jedną wypowiedzieć z jeszcze innych, to bym zwariowała. Bardzo, bardzo Wam dziękuję. Naprawdę pozwoliłyście mi Was poznać - każda powiedziała tyle ile chciała, ale każda opowiedziała mi swoją historię Byłam w szoku - przyznam, że spodziewałam się jednozdaniowych odpowiedzi.... Teraz muszę trochę pobudować napięcie, jak w finale talent show :) Więc kilka słów do każdej z Was:

Katarzyno K /http://skrytkaslow.blogspot.com/- na "Listy do M". byłam w kinie z moim mężem - też mi dobrze się kojarzy :), a teraz jeszcze film leciał w tv i oglądając go moje myśli krążyły nie tylko wokół mojego ukochanego, ale i Ciebie...:)

N.C. /http://samejsobie.blogspot.com/- powiem, że Twoja opowieść zmusiła mnie do refleksji. Jest niemal jak z filmu, czy raczej z racji pasji tu obecnych powinnam tu powiedzieć - z książki. Bardzo dziękuję, że zechciałaś się ze mną tym podzielić. i gratuluję podejścia - godne podziwu.

Natalie Rosa /http://endlessbooks.blogspot.com/- popłakałam się czytając Twój komentarz - ze śmiechu. Urzekła mnie ta historia. Co za duma! Paznokieć, nie mogę :) 

Amy Yamy /http://flirty-z-ksiazka.blogspot.com/- wymieniając rzeczy, które trzymasz w sztufadzie opowiedziałaś mi o sobie. Naprawdę mam wrażenie, że cię poznałam. Czytając ten komentarz dowiedziałam się, że jesteś wrażliwa, przyjacielska, sentymentalna i masz poczucie humoru.

Recenzencki /http://recenzencki.wordpress.com/- otwierając Twoją szufladę mogłabym się pomylić i pomyśleć, że otwieram swoją, teraźniejsza lub tę z czasów liceum/studiów. Paragony - koniecznie - nawet jeśli nie musiałam ich trzymać, ze względu na gwarancję, ale jak okres gwarancyjny już dawno minął, albo wyblakły. Były tam, bo... były. Kapsle Tymbarka - obowiązkowo - robiłam sobie za ich pomocą codzienne wróżby. I dokumenty - wiadomo. i też przyznaję, że w mojej torebce czy szufladzie można znaleźć wszystko:
a) łącznie z lewarkiem
b) oprócz porządku

A teraz wyniki:

Zestaw mola książkowego trafia do .. Amy Yamy! Gratuluję! Już (prawie) wiem, co Tobie podaruję, ale napiszę o tym, gdy już wyślę. Teraz czekam na adres.

I jeszcze wyróżnienie. Nie mam nagrody rzeczowej, ale zdjęcie z dedykacją dla Natalie Rosa - z paznokciami. Fotka pochodzi z jednego z moich wpisów, w którym opisywałam mój urlop i podróż szlakiem mazurskich legend - tu dowiesz się o tych czerwonych pazurkach więcej :) 


Jeszcze raz Wam bardzo dziękuję! I mam nadzieję, że będziemy się poznawały coraz lepiej i lepiej. Na początek czytając swoje posty. Pozdrawiam Was!