sobota, 19 października 2013

Opętanie, Erica Spindler



Tytuł: Opętanie
Tytuł oryginalny: Watch me die
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo G+J
Liczba stron: 368

Hmmm, odkładałam napisanie tej recenzji z nadzieją, że jak się zastanowię, to więcej napiszę. Ale to był błąd. Nie powiem, że to była zła książka – bo czytało się całkiem dobrze, ale żeby o niej pisać… A do tego siostra zechciała ją przeczytać, więc nawet cytatami nie nadrobię objętości.
Dobra koniec żartów.
Zacznę od pozytywów. Tak wspomniałam dobrze się czyta, szybko, dobrze zbudowany nastrój styl całkiem, całkiem, dialogi w porządku, o żadnym grafomaństwie nie ma tu mowy. Podobało mi się też informacje o dniu i miejscu akcji – dzięki czemu książka miała charakter dokumentu. Bardziej był się przyczepiła do pomysłu, a właściwe wykonania, bo pomysł też ciekawy – choć bez rewelacji – ot kryminał jakich wiele. 
Opis (za wydawcą)
Dążenie Miry do odzyskania równowagi psychicznej staje się jej najgorszym koszmarem…
Mira Gallier zajmuje się renowacją witraży. Próbuje ułożyć sobie życie po stracie ukochanego męża, który zaginął podczas huraganu Katrina. Wydaje się, że po latach cierpienia niewiele brakuje, żeby odzyskała wreszcie spokój ducha.
Ale życie Miry znowu rozpada się na kawałki, kiedy ktoś niszczy w kościele odnowione przez nią witraże, a ksiądz pada ofiarą brutalnego zabójstwa. Ktoś włamuje się do jej domu, a ona sama zaczyna odczuwać obecność swojego męża: czuje zapach jego balsamu po goleniu, słyszy go przez telefon albo znajduje wgłębienie w poduszce na jego łóżku.
Tymczasem miastem wstrząsa seria kolejnych morderstw. W miarę jak liczba ofiar rośnie, Mira staje się jedną z głównych podejrzanych. Do Nowego Orleanu wraca Connor Scott, przyjaciel sprzed lat, który porusza serce witrażystki. Detektyw Spencer Malone podąża śladami psychopatycznego zabójcy.
I tenże opis skusił mnie do zakupienia książki (jak również jej niewygórowana cena). Skojarzyłam sobie z filmami „Siedem” czy „Odkupienie” czy książkami Dana Browna lub Jennifer Lee Carrel (Szyfr Szekspira) Lubię takie klimaty. Ale dużo brakuje bym mogła powiedzieć, że to dobra książka, powiem raczej, że nie jest zła.
 A ocenię jako przeciętną, w tym jedną gwiazdką nagradzam za to, że chociaż od początku wiedziałam, kto jest mordercą – bynajmniej nie dlatego, że jestem niczym Sherlock – moim zdaniem autorka go  dość szybko zdradziła, to mimo to nie brakowało tam zwrotów akcji.
Ja to czytałam tak: założyłam, że X jest odpowiedziany za morderstwa, ale w trakcie lektury widoczne były zabiegi autorki, kiedy chciała bawić się z czytelnikami, mylić tropy, budzić w nich wątpliwości. To naprawdę mogło się udać, gdyby nie napisała o kilka słów za dużo. 

Ocena tradycyjna 5/10
 Moja ocena: szafka (ale gdzieś na wierzchu :))

niedziela, 13 października 2013

Szufladopółkolodówka?

Mówiłam już, że oprócz czytania lubię gotować? Może nie na tyle, by prowadzić bloga kulinarnego, ale naprawdę sprawia mi to ogromną przyjemność. I tak się zastanawiam, czy byłoby dużym nadużyciem, gdybym raz na jakiś czas wrzucała przepis na coś pysznego? Wspominałam co prawda o tym w pierwszym poście - że coś takiego czasem tu się może pojawić, ale nie miałam odwagi wcielić tego w życie. Ale jak sobie pomyślę o mojej ulubionej sałatce z łososiem i makaronem w kształcie kokardek, zupie serowej lub dyniowej albo tarcie ze szpinakiem i kurczakiem albo schabie z niespodzianką... to aż chcę się z Wami podzielić. Ale pamiętajcie: Nie czytamy przy jedzeniu! Jemy przy czytaniu :)

sobota, 12 października 2013

Gdy zgasną światła, Alex Scarrow - Czy to książka, czy to film?

Tytuł: Gdy zgasną światła
Tytuł oryginału last light
Autor: Alex Scarrow
Wydawnictwo: G+J
Liczba stron: 512



W "Gdy zgasną światła" jest bardzo filmowo, jak na książkę i bardzo po amerykańsku, jak na brytyjskiego pisarza. Fabuła niczym z amerykańskiego filmu własnie - koniec świata zbliża się nieuchronnie, a o tym, co dzieje się wokół czytelnik dowiaduje się poznając losy jednej rodziny. Ojciec rodziny - Andy Sutherland ma się rozumieć jest tym, który całą tę sytuację przewidział, ale na niewiele mu się to zdało. Nawet bliscy wzięli go za świra, a cały ten koniec świata i tak zaskoczył ich w najmniej odpowiednim momencie...
Wieje sztampą? Może, ale to naprawdę dobra książka.

Główny bohater napisał raport, w którym snuje wizję, co stałoby się ze światem, gdyby osiągnięto Szczyt Wydobycia Naftowego, czyli gdyby nagle zabrakło ropy. Odpowiedź jest do przewidzenia - świat po prostu by się skończył.
Zdajcie sobie sprawę, jak jesteśmy od niej uzależnieni?  Nawet nie trzeba sobie wyobrażać, że jej zabraknie. Weźmy coś z autopsji. Drożeje paliwo, i? Drożeje wszystko inne. Bo żebyśmy coś mogli kupić, trzeba to do nas przywieść, a wcześniej, by zebrać plony Potrzeba maszyn napędzanych paliwem. Drożeje produkcja, drożeją produkty. To znamy. I nas wkurza.
W "Gdy zgasną światła", ropa nie drożeje, jej po prostu zabrakło. Najpierw władze wstrzymują komunikację - nie działają pociągi, autobusy, samoloty. Na stacjach benzynowych nie ma paliwa, a na drogach wprowadzono blokady. Nieważne gdzie jesteś, nie wrócisz do domu, bo jak? Z supermarketów w okamgnieniu znika żywność. Ludzie panikują, nie ma żadnych praw, rządzą gangi i prawo dżungli - kto pierwszy ten lepszy, przetrwają najsilniejsi.
Rodzina Sutherlandów próbuje oczywiście stawić czoła tej sytuacji. A łatwo nie jest, bo ojciec   Andy jest na wyjeździe służbowym w Iraku, matka  Jenny w Manchesterze, córka Leona na studiach, a syn ośmioletni Jake w szkole z internatem. Plan jest taki, by spotkali się w domu - w Londynie. I jeszcze ktoś chce zabić, bo Andy i Leona mogą wiedzieć za tym stoi. A kto?
Jak to bywa przy temacie teorii spiskowych, stoją za tym jacyś Oni, ale jacy Oni ani tego czy  głównym bohaterom uda się spotkać, wam nie powiem, nie będę psuła lektury. Mogę natomiast powiedzieć, że czytało mi się bardzo dobrze - to książka, która zmusiła mnie do okłamywania samej siebie kłamstwem znanym wszystkim molom książkowym, czyli: jeszcze jeden rozdział i idę spać. Poszłam, ale bardzo późno, a książkę, którą zaczęłam czytać wieczorem, skończyłam przed południem. Czyta się bardzo szybko, choć mnie zanudzały momentami opisy walk w Iraku, z którego usiłował się wydostać, ale to po prostu moje klimaty. Reszta była świetna, dobra akcja, tajemniczy nastrój rodem z "The walking dead" , choć tu wrogami dla odmiany są żywi.
Ogólnie książkę mogę spokojnie ocenić 8/10, przy czym jedne plus za to co uwielbiam w książkach i co w dużej mierze zależy ode mnie, a nie od autora - mianowicie za to, że znam miejsca, w których rozgrywa się akcja. W Londynie mieszkałam - więc nazwy dzielnic takie jak Hammersmith, Shepherd's Bush czy Euston nie tylko nie były mi obce, ale nawet wzbudziły wspomnienia...

"Do końca świata, jaki znasz zostało tylko siedem dni" - czytamy na okładce. Akcja całej książki trwa właśnie tydzień. I tak się zastanawiam czy to przypadek, że według autora świat się skończył w tyle dni, ile według Biblii powstał...?

Ocena tradycyjna - 8/10
Moja ocena - wyższa półka

niedziela, 6 października 2013

Zaginiona; Harlan Coban - Mistrz ciętej riposty


Tytuł: Zaginiona
Tytuł oryginalny: Long lost
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 421
Rok wydania: 2009
Rok wydania w Polsce: 2010


Mistrz ciętej riposty

"Zaginiona" to dziewiąta część z cyklu, w którym głównym bohaterem jest  Myron Bolitar.

Tym razem zaczyna się od telefonu o piątej rano (bardziej odpowiednia pora byłaby niewskazana). Do Myrona dzwoni była kochanka (a jakże) Terese i błaga go, aby przyleciał do Paryża. Terese poprosiła go pomoc, gdyż jej były mąż, dziennikarz śledczy, Rick prosił o spotkanie, ale przepadł jak kamień w wodę. Niedługo potem okazuje się, że mężczyzna został zamordowany, a na miejscu zbrodni znaleziono krew ich córki, która... zginęła w wypadku samochodowym dziesięć lat wcześniej. A może dziewczynka  przeżyła? Czy mąż Terese ukrywał przed żoną ten fakt.? I jeśli tak, to gdzie teraz jest dziewczyna i dlaczego Rick zginął? Sprawa zagmatwana, więc Myron czuje się jak ryba w wodzie...

Mój problem z serią o Myronie polega na tym, że czytam jej nie pokolei. Nawet nie od końca, tylko totalnie poza jakąkolwiek chronologią. (Ale takich jak ja jest pewno sporo i Coben dobrze o tym wie, więc zawsze przypomni kto jest kim i dlaczego).
Ciężko mi więc przypomnieć sobie, która z nich podobała mi się bardzije, która mniej. Ale "Zaginiona" chyba najbardziej przypadła mi do gustu, choć początkowo sama nie wiedziałam dlaczego. P
Jak się później okazało - powody były dwa.
Akcja była dobra, jak zawsze lub prawie zawsze - więc to nie o to chodzi. Książki z serii o Myronie mają swój schemat - ktoś ze znajomych Myrona (często była, obecna lub "przyszła" dziewczyna), ma poważny problem i tylko nasz superbohater wspomagany przez dzianego, wszechmocnego przyjaciela Wina może w tej sytuacji pomóc.
Powód pierwszy jest taki, że w przeszłości Myron był sportowcem, potem agentem sportowym. Cóż ja zagorzałą fanka sportu nie jestem, więc za każdym razem, gdy pojawiało się coś o sporcie leniwie przewracałam strony, dedykując im co jakiś czas ziewnięcie. W "Zaginionej" sport był w takiej ilości, że mogłam go zdzierżyć. Tu już firma Myrona jest po metamorfozie:


Wielks Cindi odebrała po drugim sygnale.
- MB Reps.
 "M" jak Myron, "B" jak Bolitar. "Reps" ponieważ reprezentujemy ludzi. Sam wymyśliłem tę nazwę, a mimo to nie chwalę się moimi zdolnościami marketingowymi.Kiedy reprezentowaliśmy tylko sportowców, moja agencja nazywała się  MB SpotrsReps. Teraz to tylko  MB Reps. Czekam aż ucichną brawa.

To pierwszy, ale nie główny powód. Od samego początku ta część wydała mi się jakaś inna, a raczej Myron był inny. Nie był już młodzieniaszkiem, ale pozostał cwaniaczkiem (w pozytywnym, jeśli takie jest, tego słowa znaczeniu) z cięta ripostą. O! I właśnie o tę ripostę się tu rozchodzi. Poprzednie części , które czytałam, pochodzą z lat dziewięćdziesiątych. I z tamtych też czasów pochodzą odzywki Myrona. Czytając je po prawie dziesięciu latach, główny bohater Myron, w sytuacjach, w których miał być fajny, staje się żałosny.. (bez urazy i Myron i tak cię lubię :)
Oczywiście, że język się zmienia i da się to zauważyć we wszystkich książkach. Ale kiedy tworzy się tak charakterystycznego bohatera, który ma uchodzić za mistrza dogryzek, a te szybko odchodzą do lamusa, trzeba się liczyć z tym, że nie raz i nie dwa czytelnik się zaśmieje. Z drugiej strony... Pierwotny zamysł też pewnie był taki - by wzbudzić uśmiech.Więc misja spełniona. 
Ocena tradycyjna:7/10 
Moja ocena: półka