sobota, 28 września 2013

Hurra!

Hurra!!! Bo jakim innym słowem mogę zacząć post, kiedy jestem tak szczęśliwa :) W moim pierwszym poście tłumaczyłam nazwę bloga - Szufladopółka, czyli to, co czytam (i stawiam na półkę) i to, co piszę (i chowam do szuflady). Zapowiadałam też, że będę tu publikować "spady pokonkursowe" czyli teksty, które wysyłałam na konkursy literackie, ale nie spotkały się one z uznaniem jurorów. I to, co się wydarzyło w miniony czwartek (26 września) niejako burzy moją koncepcję. Napisałam powieść pt. "Potomkowie pierwszej czarownicy" i fakt, leżała w szufladzie, ale wysłałam ją też na pewien konkurs... Z zamysłem, że jak się nie uda, to będzie pojawiała się we fragmentach we wspomnianych spadach właśnie. Ale nie mogę tego zrobić. Bo w konkursie mi się powiodło :):):)
Swoją powieść zgłosiłam do XI edycji Konkursu Literackiego Fundacji Elbląg w kategorii Elbląski Rękopis Roku 2012. Wyniki na załączonym obrazku:


Zaznaczam, że jest to nagroda równorzędna, drugim laureatem został pan Mirosław Dymczak za dramat "Hospicjum - sztuka w dwóch aktach". Nagrodą jest publikacja!!!! I wyróżnienia: Andrzej Kruk - „Łódź Jana Odyseusza" oraz Wojciecha Jacka Pelc - „Wyjątki, które nie potwierdzały reguł, czyli wiersze fabularne".
W kategorii Elbląska Książka Roku 2012 nie było nagrody głównej, ale wyróżnienie trafiło do Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego za antologię "Z ograniczoną nieodpowiedzialnością".

Gratuluję pozostałym nagrodzonym i wyróżnionym i dziękuję tym, którzy gratulowali mnie, usłyszałam wiele miłych słów. Bardzo wam dziękuję! Dziękuję też Fundacji Elbląg za ten konkurs. W tym roku co prawda było mniej zgłoszonych prac niż w latach poprzednich, ale były. To oznacza, że konkurs jest potrzebny. Długo zastanawiałam się, czy wziąć w nim udział. Właściwe czekałam do ostatniego dnia. I jak widać było warto :) Myślę, że pozostali uczestnicy podpiszą się pod moim dziękuję!

A teraz mały press room :)

Strona Fundacji
Strony, powiedzmy domowe - tu (wideo) i tu :)
Do nich mam sentyment :)
I jeszcze tutaj i tu :)

Fot. Ryszard Biel

środa, 25 września 2013

Łan najt in Bangkok - Karaluchy, Jo Nesbo

Tytuł: Karaluchy
Autor: Jo Nesbo
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 320

Łan najt in Bangkok

Karaluchy to druga część serii, w której główną rolę odgrywa Harry Hole. Harry to to taki podręcznikowy przykład głównego bohatera powieści kryminalnej, to jest: policjant po przejściach, z uzależnieniem od alkoholu.  Twardy macho i w porządku koleś jednocześnie. I niech ktoś powie, że nie ma w nim nic oryginalnego, ja i tak go uwielbiam, dlatego wiem, że sięgnę zarówno po zaległą pierwszą część, jak i po następne.
Wspominałam o typowym głównym bohaterze, to pewnie jak dodam, że istotną rolę w sprawie odgrywają seks, pieniądze i władza, to już w ogóle wyjdzie na sztampową pozycję. W żadnym razie, a nawet jeśli, to umiejętności pisarskie Jo Nesbo sprawiły po raz kolejny, że czytałam jego książkę w oka mgnieniu i bez wyrzutów sumienia polecam innym.

Harry zostaje wysłany do Bangkoku, gdzie ma zająć się sprawą morderstwa norweskiego ambasadora. Ma to zrobić po ciuchu, bo ofiarę znalazła prostytutka w motelu słynnym z takiego rodzaju spotkań. Harry choć z delegacji początkowo był średnio zadowolony wciąga się w sprawę, odkrywając kolejne tajemnice, łącząc kolejne kropki  - a rysunek, który z nich wychodzi, bynajmniej nie nadaje się do kolorowanki....
Nie nadaje się to też do wpisania w policyjne kartoteki, jedną z rzeczy, do której dochodzi Hole jest też  fakt, że najlepiej by było gdyby sprawy "nie udało się rozwiązać", i że wysłanie tam policyjnego pijaczyny miało właśnie temu nierozwiązaniu służyć. A tu psikus -  Harry wziął się za siebie, przestał pić i wczuł się w sprawę. Cała fabuła jest tak skompilowana i wielowarstwowa, że nie będę pisała więcej - zwyczajnie odsyłam do książki, naprawdę ją polecam. To dobry kryminał z głębszą sprawą.
Odniosę się tylko do tytułu. Karaluchy pojawiły się w książce ze dwa razy - może autor uznał, że wypada o nich wspomnieć, ale tak naprawdę nie musiał o nich pisać. One były obecne między wierszami. Wiadomo z czym nam się kojarzą - z brudem. A taka właśnie jest sytuacja w Bangkoku. I nie mówię tu o brudnym mieście, zakorkowanych ulicach czy powietrzu gorącym, śmierdzącym i tak gęstym od spalin, że można je nożem kroić. Brudne jest to, co się w nim dzieje. To miasto, które prostytucją stoi, a coś dla siebie mogą znaleźć zarówno klienci preferujący masaż erotyczny, seks z piękna Tajką lub mężczyzną przerobionym na panią jak i ci, którzy odczuwają satysfakcję tylko z seksu z dziećmi. I właśnie o tym ostatnim brudzie są "Karaluchy".

Tradycyjna ocena: 7/10
Moja ocena: wyższa półka

niedziela, 15 września 2013

Morderczy reportaż - J. A. Jance



Tytuł: Morderczy reportaż
Autor; J.A. Jance
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 320
„Krzywda wyrządzona w dzieciństwie prowadzi do zbrodni”  – głosi opis na okładce. I rzeczywiście książka zaczyna się zbrodnią. Zgadza się też tytuł, bo ofiara gnie, dlatego, że chciała zdradzić pilnie strzeżoną tajemnicę mediom. O tym jest początek książki, kolejne sto pięćdziesiąt stron jest o wszystkim, tylko nie o głównym temacie. Ja rozumiem, że  czytelnika trzeba potrzymać w niepewności, a policjanci prowadzący sprawę główną, mają też inne obowiązki i swoje życie, co czasem wkrada się między wersy. Ale w tej książce nic niewnoszących wątków pobocznych,  było więcej niż głównego.  Odniosłam wrażenie, jakby „Morderczy reportaż” początkowo był opowiadaniem, w środek którego na siłę wciśnięto treść, by zrobić z tego powieść, przy czym to w środku było drugim opowiadaniem…  Końcówka oczywiście wraca na główny tor, ale niesmak pozostał… 
A teraz przejdźmy do fabuły. (Uwaga lekkie spojlery!)
Sprawę morderstwa prowadzi młoda pani szeryf Joanna Bardy.  Nie powiem, że jej nie polubiłam, ale jakąś szczególną sympatią też jej nie obdarzyłam. Była taka… bez charakteru. Raz wydawała się inteligenta i twarda, raz głupia i naiwna. Fakt, była w ciąży, możliwe, że autorka chciała pokazać w ten sposób zmienne nastroje i czasem mogłam się z tym zgodzić (np. sytuacja podczas pewnego wypadku), ale poza tym, mam wrażenie że autorka nie miała na nią pomysłu.  Styl też nie powalał, dialogi były słabe, czasem miałam też wrażenie,  że pani J.A. Jance nie wierzy w swoich czytelników. Chwilami narracja mnie obrażała, kiedy np.  dialog pobudzał do refleksji, a narrator rzucał puentę, sugerował, co mamy sobie pomyśleć.
A teraz do sedna. Autorka chciała w tej książce zwrócić uwagę na dwa problemy.  I za to mogę dać plus. Minus za to, że moim zdaniem pomyliła priorytety.
Zanim zostanę okrzyknięta osobą bez serca i wrażliwości na krzywdę zwierząt, mówię otwarcie,  że jestem przeciwna przemocy wobec nich i uważam, że osoby wyrządzające im krzywdę powinny ponieść karę. Ale umówmy się, bardziej mnie wzrusza dramat molestowanej seksualnie dziewczynki niż bezdomnego psa. A tym sprawom była poświęcona fabuła  „Morderczego reportażu”.  Kobieta, która straciła życie na pierwszych stronach książki była zbieraczką . Zbieracze to osoby, które przygarniają bezdomne zwierzęta wierząc, że im pomagają, przy czym często robią coś dokładnie odwrotnego,  gdyż nie mają pieniędzy na szczepienia czy nawet karmę.  Z książki dowiedziałam się, że często zostają osoby, które w dzieciństwie były krzywdzone, molestowane seksualnie czy wychowywały się w patologicznych rodzinach.  I to co mnie rozzłościło to apel od autorki na koniec książki, już poza fabułą. Prosi nas, byśmy pomagali zwierzętom. No, cóż ja bym jednak zaapelowała o to, abyśmy pomagali osobom molestowanym seksualnie. Albo przynajmniej jednym i drugim.
Ocena tradycyjna: 5/10 przeciętna
Moja ocena: szafka

wtorek, 3 września 2013

Książkowe reality show - Igrzyska Śmierci. Suzzane Collins

Pamiętam jak w liceum przerabialiśmy „Lalkę” Bolesława Prusa i nasza polonistka (kolejna osoba po mamie i siostrze, która zaraziła mnie czytaniem :)) powiedziała, że czyta ją praktycznie co roku – gdy przerabia ją z kolejnymi klasami. Pomyślałam sobie, że moja nauczycielka chyba się nudzi. Jak można czytać jedną książkę non stop? Po dziesięciu (no prawie) latach już wiem. I ja trafiłam na swoją „Lalkę”.
Rocznie czytam kilkanaście (w porywach do dwudziestu kilku) książek, chciałabym więcej, ale niestety brak czasu i tak dalej. Nie wiem tylko jaki wpływ na moje statystyki ma fakt, że jedną z tych książek czytam trzy, pięć albo i osiem razy w roku?
Moją „Lalką” są „Igrzyska Śmierci” Suzanne Collins  oraz ich kontynuacje „W pierścieniu Ognia” i „Kosogłos”, chociaż najchętniej wracam do pierwszej części (pierwszy raz przeczytałam ją we wrześniu 2009). Na nią zawsze znajdę czas, odmówię sobie nowej – która krzyczy do mnie z księgarnianej wystawy, a sięgnę znowu po nią. Jak ona to robi?

Na początku nie wiedziałam nawet do jakiego gatunku ją zaliczyć – gdzieś tam pojawia się informacja, że to fantastyka, ale ani to fantasy – bo gnomów i krasnoludów tu nie uświadczysz, ani science fiction – żadnych odległych galaktyk czy świetlnych mieczy – a z nowoczesnej technologii  - co najwyżej prysznic z hydromasażem i telewizor na całą ścianę (no dobra, jest jeszcze poduszkowiec). Można ją zaliczyć do literatury postapokaliptycznej, antyutopijnej, futurystycznej - Tylko, że ta przyszłości jest przerażająco podobna do teraźniejszości. Ja trzymam ją obok innych poruszających tematykę reality show - pisałam o tym tutaj.
Opis fabuły powtórzę za wydawcą:
Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Igrzyskach śmierci, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję. Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny a musi troszczyć się o młodszą siostrę i chorą matkę, a jest prawdziwa walka o przetrwanie...
Od siebie tylko dodam, że czyta się ją z zapartym tchem, pochłaniałam słowa z jednej strony i nie mogłam się doczekać, co będzie na następnej. Bo w tej książce – co kartka to niespodzianka – rzadko miła. Pełna napięcia i zwrotów akcji, nie raz można się uśmiechnąć (mimo wszystko) a wielokrotnie wzruszyć. A jej kolejne części tylko utwierdzają w przekonaniu, że Suzanne Collins jest naprawdę utalentowana pisarką.
Domyślnym odbiorca tej książki jest młodzież – ale starsza, czy raczej dojrzała – tu nie ma miejsca na czary, wampiry, wróżki, upadłe anioły. To poważna sprawa – a fabuła jest głębsza niż krwawa jatka na igrzyskach – to książka o ludziach i  ludzkości, uczuciach, pieniądzach, władzy, polityce, głodzie…

Książkowe reality show

O tym, że znalazłam swój nowy ulubiony gatunek,( jeśli mogę to tak nazwać), uświadomiła mi książka pt. "Uciekinier", Stephena Kinga (Richarda Bachmana). Tylko nie wiem, jak mam ich szukać. A mówię o książkach podejmujących tematykę programów typu reality show. Przeczytałam już takich kilka, w tym dwie Kinga, tę i oczywiście "Wielki Marsz", ponadto moją ulubioną trylogię "Igrzyska Śmierci" czy "Oko Kaina" Patricka Bauwena (chociaż to akurat "wersja lajt" w porównaniu do pozostałych).

Autorzy pisząc je często wychodzili daleko w przyszłość, ale ich wizje świata nie należały optymistycznych. Wg nich w przyszłym świecie ludzie podzielą się na krezusów i nędzarzy, a rozrywką tych pierwszych będzie oglądanie śmierci drugich, na żywo w telewizji jako show. Straszne. Z jednej strony nie chce mi się wierzyć, że ludzkość mogłaby tak upaść, z drugiej jak patrzę na idiotyczne programy rozrywkowe, które serwują nam media zaczynam obawiać się, że dojdzie i do takich pomysłów. Podobają mi się książki tego typu, otwierają oczy. Mam tylko nadzieję, że dla nikogo nie staną się natchnieniem...