poniedziałek, 30 grudnia 2013

Coś jakby podsumowanie roku - w tym spełnione marzenie :)

Piszę "coś jakby podsumowanie", nie dlatego, że post nim nie będzie, ale dlatego, że nie wiem czy mam co podsumować. Kiedy czytam wpisy innych blogerów, palę się ze wstydu - tyle książek przeczytaliście. Tyle recenzji napisaliście... I ja siebie nazywam molem książkowym? Ale coś tam się jednak działo, o czymś tam jednak można napisać.

Rzecz najważniejsza: 
Spełnione marzenie. Wygrana w Konkursie Literackim Fundacji Elbląg, w kategorii Elbląski Rękopis Roku, a co za tym idzie wydanie mojej powieści. Pisałam o tym --> Tutaj. Książka pojawi się w Nowym Roku. Wrócę do niej jeszcze na końcu posta. Ale najpierw:
Rzecz równie ważna:  ten blog.
Założyłam sobie konto na blogerze już w kwietniu, ale jakoś albo nie było czasu, ale nie było co napisać. W końcu wzięłam się za siebie i w lipcu pojawił się pierwszy post. Statystyki nie są powalające, ale wiecie jak jest - ciągły brak czasu. Dzielę go między rodzinę (mam męża i prawie trzyletnią córeczkę), pracę, pisanie własnej twórczości, pisanie recenzji i innych rzeczy na bloga i czytanie. Jak nie znajdę czasu na to ostatnie, to i na recenzję nie ma co liczyć. Uwielbiam czytać, ale liczba przeczytanych w tym roku książek nie powala. Na wszelki wypadek nie stawiałam sobie żadnych wyzwań, bo czułam, że będzie ciężko. Ale jakby się tak uprzeć coś się udało - przeczytam tyle, ile mam lat. W moim przypadku to 28 - choć, żeby je spełnić to muszę skończyć do jutra do północy jedną książkę - dam radę. Ale jeśli zaliczyć tu podręczniki/leksykony ("Mitologia Słowian", Geysztor, "Mity, legendy i wierzenia dawnych Słowian", Strzelczyk)- które raczej przerabiam niż czytam - wybieram fragmenty, które mnie bardziej interesują/są potrzebne, to będzie tych przeczytanych nawet trzydzieści. Jednak przerabiam je już drugi raz, więc nie wiem czy się liczy :)  Recenzji wszystkich książek nie znajdziecie na blogu, bo jak wspomniałam prowadzę go dopiero od lipca. Ale jego prowadzenie zmotywowało mnie do tego, by recenzować wszystko, co przeczytałam. Wcześniej ograniczałam się do recenzji ulubionych tytułów lub krótkich opinii.
Jestem bardzo szczęśliwa, że mimo mojego braku systematyczności zaglądacie na mój blog. Niedawno przekroczyłam dwa tysiące wyświetleń, zdobyłam pierwszego obserwatora, a moje wpisy zaczynają być komentowane. No i mam 140 fanów na fejsie - tu jest mój fan page - zapraszam :) Dziękuję Wam bardzo. Nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć sobie postanowienie noworoczne: więcej czytać i więcej wrzucać na bloga. Myślcie sobie o postanowieniach, co chcecie, ale ja albo sobie ich nie stawiam albo je spełniam.
Tymczasem przypominam, że oprócz recenzji zamieszczam też swoją twórczość - zapraszam do czytania. Właśnie dodałam pierwszy fragment opowiadania pt. "Wartość". 
A już w Nowym Roku napiszę to i owo o mojej powieści. Już teraz Wam zdradzę, że książka nie będzie na sprzedaż - jest wydana przez Fundację i ani ja ani ona nie będziemy mieli z tego tytułu przychodów. Egzemplarze będą bezpłatne i w niewielkim nakładzie, ale dla Was, kochani znajdzie się coś w pierwszej kolejności :) Ale coś mam dla Was już teraz. Tak wygląda okładka i tu podziękowania dla pani Anny Wojszel - poznałam ją przez internet, za pośrednictwem portalu (dla pasjonatów i twórców), w którym pracuję. Uwaga! Reklama :) Zowie się eKulturalni.pl i go uwielbiam, a dokładnie zalogowane i aktywne tam osoby -  was też zapraszam :) Tak więc: pani Anna jest autorką zdjęcia i projektu okładki w ogóle. A oto jej dzieło: (moje w środku :)) więcej o książce w styczniu.

Spady pokonkursowe: Wartość - fragment 1

Obiecałam spady pokonkursowe, ale na opowiadaniu "Woń" się skończyło, a było ich więcej - wierzcie mi. Po prostu musiałam znowu do nich zerknąć. Ten fragment zaniosłam na warsztaty klubu literackiego, do którego od niedawna należę - wprowadziłam kilka zmian sugerowanych przez znajomych. O klubie napiszę niebawem - tymczasem zapraszam Was do lektury. Opowiadanie  pt. "Wartość" powstało na konkurs "Pin i zielonym" organizowany w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. 
Podpowiedź jurorów była taka:  
Kraj lajków, odsetek, prowizji i marż, najsłodszą mamonę i studnię bez dna, horror dżentelmenów, namiętność cinkciarzy, kolejkę w Biedronce i lans na deptaku, chwilówkę jak haj, petycję o lekkość obyczajów płciowych, dogmaty z plastiku, nawroty debetów, laskę z windykacji, seks bezdotykowy, wypad do galerii, rundkę po śmietnikach, apkę na iPada, pana komornika bardzo ładny łom, plażę za drutami i najnowszy LED — wszystko co coś warte: nam opisz i przyślij. PIN I ZIELONYM.
Skoro "Wartość" wylądowała w spadach, znaczy, że nie wygrałam :) Ale zmierzę się z Waszymi opiniami :) Przed Wami pierwszy fragment, ale będą jeszcze trzy (dodam w kilkudniowych odstępach) - albo i więcej, jak mnie fantazja poniesie i będę dopisywać na bieżąco :)

Wartość
fragment 1

W (nie)dalekiej przyszłości
Marta Debet zastanawiała się gdzie jest. Gdzieś z oddali, pomiędzy wszechobecnym szumem docierał do niej ten charakterystyczny odgłos. Znała go, ale  nie mogła sprecyzować. Przerywany dźwięk na pewno pochodził z jakiejś maszyny, kojarzył się z nadawanym radiowo sygnałem w alfabecie morsa. Pik - przerwa - pik -  przerwa. Dźwięk stawał się coraz bardziej drażniący. Nie miała siły otworzyć oczu, ale coś jej mówiło, że jest w szpitalu, że słyszy odgłos maszyny kontrolującej bicie serca. Stopniowo odzyskiwała świadomość, chyba udało jej się na chwilę otworzyć oczy, dostrzegła rząd jakiś zielonych cyferek, ale nie widziała wyraźnie. Czuła natomiast, że energiczne macha rękami. Chciała przestać, ale wysyłany przez mózg przekaz nie docierał do rąk. Pracowały jak automat. Nagle zrobiło się jakieś zamieszanie, ktoś wrzeszczał, nie była pewna, ale chyba to na nią krzyczeli. Jakaś kobieta wydzierała się, że co ona sobie myśli, że jak można się tak zachowywać, i że trzeba zrobić z tym porządek. Marta z wysiłkiem podniosła powieki, zatrzymała się spojrzeniem na dłoniach. Trzymała w nich słoiczek kawioru. Poruszyła ręką, a wtedy do uszu znowu trafił dźwięk. Pik. Przed oczami znowu pojawiły się zielone cyferki - 249.00. Zanim pomyślała, co robi w jej rękach znalazły się paluszki krabowe. Zdezorientowana podniosła głowę do góry. Natychmiast odzyskała jasność myślenia. Nie leżała w szpitalu. Była w pracy. Znowu odpłynęła, nie mogła opanować zmęczenia. Była taka zmęczona. Taka zmęczona. W minionym tygodniu, już trzy razy miała krwotok z nosa. Z błaganiem w oczach spojrzała na awanturującą się klientkę, ale ta nie patrzyła już na nią, tylko mruczała coś pod nosem. Oby nie wezwała kierowniczki.
- I widzisz synku – odezwała się oburzona klientka do towarzyszącego jej chłopca – Tak skończysz, jak nie będziesz się uczył. Będziesz siedział w pieluchach na kasie i pracował jak robot.
Marcie tyle wystarczyło, żeby do końca się obudzić. Spojrzała na kobietę - tleniona blondyna z włosami do pasa, których przynajmniej jedna trzecia długości była doczepiana. Długimi, pomalowanymi na różowo sztucznymi paznokciami przytrzymywała kartę kredytową. Ilość biżuterii, jaka ją zdobiła, świadczyła w mniejszym stopniu o kocie z dużą ilością zer na końcu, a w większym o tandecie. Stojący obok niej chłopak był ubrany w koszulkę z nazwą rockowego, niezbyt popularnego, ale dobrze znanego fanom gatunku, zespołu.
- Nie słuchaj matki. – Marta zwróciła się do dzieciaka. – Pieprzy głupoty. Pielęgnuj swój talent, olej szkołę. Ja jestem po dwóch kierunkach studiów, niestety – zerknęła na matkę i zatrzymała na niej spojrzenie, by podkreślić, że powie teraz, co o niej myśli  - nie miałam bogatych rodziców ani znajomości i nie robię kariery przez łóżko.
Tleniona blondyna spojrzała na nią bliska wybuchu.
- No co się pani tak patrzy? – Marta wzruszyła ramionami. – Pin i zielonym. – powiedziała wskazując terminal.

czwartek, 26 grudnia 2013

Szybki świąteczny post!

Chwila wytchnienia w świątecznej gorączce pozwala mi na szybkie pochwalenie się prezentami od Mikołaja. Oczywiście tymi około-książkowymi. Już nie będę się musiała wstydzić, że nie mam i nie przeczytałam, bo oto do mojej biblioteczki dołączył "Władca pierścieni" Tolkiena - w jednej książce!. A do kompletu - torba na ulubioną książę, której nie omieszkam opisać w gadżetach mola książkowego. Szybka fotka:

Niestety nie doczekałam się pewnego bardzo ważnego prezentu, ale może dlatego, że nie miał być to prezent od Mikołaja. Ale ponoć ma być po Nowym Roku, więc w Nowym Roku będę o tym pisać. Tymczasem, biję się w pierś, bo choć planowałam -  w Wigilię nie udało mi się dostać do komputera, by złożyć Wam życzenia. Więc robię to teraz: Wszystkiego dobrego! Mam nadzieję, że mi wybaczycie nieobecność. Z drugiej strony choć najbardziej lubię, gdy jesteście u mnie - uważam, że święta to czas, by pobyć z rodziną - fizycznie nie wirtualnie :) Jutro lub pojutrze siądę jak człowiek i napiszę coś więcej :) Świętujecie póki możecie!

niedziela, 15 grudnia 2013

"Pod mocnym aniołem" - Jerzy Pilch

Tytuł: Pod mocnym aniołem
Autor: Jerzy Pilch
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 264

"Jak można żyć długo i szczęśliwe bez picia?"

Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron pomyślałam, że z tej książki to dopiero będzie recenzja - tyle ciekawych, inteligentnych cytatów. Po przeczytaniu kilkudziesięciu, stwierdziłam, że jednak będzie ciężko, bo żeby przytoczyć wszystkie świetne cytaty, musiałbym przepisać całą powieść. A gdy dobrnęłam do końca, całą moją koncepcję recenzji szlak trafił.

 I tak siedzę teraz i wpatruję się w migający kursor. Co mam o tej książce napisać? Co Wam powiedzieć? Co sama myślę? Ciężko jest, bo mam bardzo sprzeczne uczucia. Nie wiem czy "Pod mocnym aniołem" bardziej mnie zachwyciło czy zawiodło. I w jakiej kolejności przedstawiać swoje spostrzeżenia, żeby ocena była odzwierciedleniem moich odczuć?

Zacznę więc od fabuły. "Pod mocnym aniołem" to historia alkoholika, ściślej pisarza, który jak łatwo się domyślać przepił swoje życie - powieść jest jego spowiedzią, dziennikiem deliryka, próbą zrozumienia swojego nałogu i wyjścia z niego. Pojawia się też miłość. Nowa miłość. Ale nasz bohater miał już dwie żony, dlaczego więc tym razem miałoby być lepiej niż poprzednio.

Jak już wspomniałam, od pierwszych stron urzekły mnie język i styl autora. Zdania wielokrotnie złożone, z  licznymi wtrąceniami, w których metafora metaforę goni. A wszystko zabarwione humorem. Cudo. Dziś co prawda, zarówno odbiorcy jak i piszący są nauczeni, że zdania mają być krótkie i proste. Żeby każdy zrozumiał. Ale tej książce (a pewnie i innym książkom Pilcha, ta jest pierwszą którą czytałam) bliżej do klasyka niż czytadła, więc autor mógł pozwolić sobie na zabiegi stylistyczne (I nie mówię tego z ironią, choć o szeroko pojętych klasykach będzie jeszcze osobny post :) ) 
Ja coś takiego bardzo lubię. Jest tylko małe ale. Jeśli ktoś tak zachwyci mnie na początku, to śmiem twierdzić, że dalej będzie tylko lepiej. I to właśnie czas, by powiedzieć o tym, że się zawiodłam. Im bliżej końca tym zdania te stawały się słabsze, nudne. Mój początkowy podziw nad kunsztem autora powoli zamieniał się w irytację, miałam momentami wrażenie, że przedobrza, że wręcz popisuje się tym swoim bogatym słownictwem, o co oczywiście Pilcha nie podejrzewam, bo nie musi nam niczego udowadniać. Co więc się stało? A nie tylko język przy końcówce osłabł, fabuła też. Zakończenie przewidywalne, żeby nie powiedzieć tandetne. Końcówka skojarzyła mi się z wypracowaniem na ocenę, które pisało się w szkole. Uczeń pisze, rozkręca się, aż tu nagle dzwonek i po bardzo dobrze rozbudowanej pracy następuje jednozdaniowe zakończenie, które drastycznie obniża ocenę. I tak było tu. Autor się rozpędził, ale na metę dotarł od niechcenia.
Nie zmienia to jednak faktu, że problem poruszony w książce jest warty pochylenia się. Myśleliście kiedyś co siedzi w głowie pijaka? Dlaczego pije? Myśli, że dlaczego pije? Jakie są jego przemyślenia? Jakiego używa języka? Bohaterowie "Pod mocnym aniołem" używali dość wyszukanego - ale to właśnie dlatego, że ich dzienniki, spowiedzi, pisał (nie za darmo, a np. za papierosy) właśnie nasz główny bohater - w cywilu pisarz. To mnie rozbroiło: pacjenci na oddziale deliryków mówiąc o wykonywanych przez siebie zawodach mówili: w cywilu jestem kierowcą, w cywilu fryzjer, w cywilu prawnik. Genialne. Prawdziwe. Smutne. Było tu tyle samo powodów do śmiechu jak i do płaczu.
I tak właśnie jest z tą książką - z jednej strony zachwyca, z drugiej zawodzi. Z jednej strony jest ponadprzeciętna, genialna wręcz - próba analizy życia alkoholika, z drugiej banalna - ot, opowieść o żulach. I jest jeszcze jedna opcja - że to autobiografia autora  - więc trudno oczekiwać zakończenia innego, niż tego, które miało miejsce.
 I jak ja niby mam wyciągnąć średnią, jak dać jej punkty w skali od 1 do 10? 
Najpierw - może nie przepiszę całej książki, ale przytoczę kilka cytatów. A że wybrać trudno, wypiszę te, na które trafię wertując książkę:

"Pan ma jednak umysłowość dziecka, i to dziecka mało rozgarniętego"
" (...) ja wiem, przecież ja doskonale wiem, że nie można, zwłaszcza w moim wypadku nie można, pijąc żyć długo i szczęśliwie. Ale jak można żyć długo i szczęśliwie bez picia?"
" przeważająca część ludzkości nie pije. Choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiadomo dlaczego (...) Jakie są powody?
"Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna kwestia."
No dobra, starczy, bo to dopiero dziewiętnasta strona...

Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena - jakby nie było - wyższa półka

PS: Zastanawiam się czy ta książka nie będzie przypadkiem początkiem jakiegoś czytelniczego wyzwania, które sobie postawię. Sięgnęłam po nią z kilku powodów, ale główny był taki, że dowiedziałam się, że niebawem do kin trafi film na jej podstawie, a że chciałabym go zobaczyć i wyznaję zasadę najpierw książka później film, tak oto jestem po lekturze.

I zwiastun - jako zachęta. Do przeczytania, ma się rozumieć :)

 http://www.youtube.com/watch?v=bT6k_1ej92A


niedziela, 1 grudnia 2013

Wyniki lajkowego konkursu!

Oj, dziewczyny - bo same przedstawicielki płci pięknej wzięły udział w konkursie - ale mi dałyście trudne zadanie! Z jednej strony żałowałam, że nie było więcej chętnych, ale jak sobie pomyślałam, że miałabym wybierać jedną wypowiedzieć z jeszcze innych, to bym zwariowała. Bardzo, bardzo Wam dziękuję. Naprawdę pozwoliłyście mi Was poznać - każda powiedziała tyle ile chciała, ale każda opowiedziała mi swoją historię Byłam w szoku - przyznam, że spodziewałam się jednozdaniowych odpowiedzi.... Teraz muszę trochę pobudować napięcie, jak w finale talent show :) Więc kilka słów do każdej z Was:

Katarzyno K /http://skrytkaslow.blogspot.com/- na "Listy do M". byłam w kinie z moim mężem - też mi dobrze się kojarzy :), a teraz jeszcze film leciał w tv i oglądając go moje myśli krążyły nie tylko wokół mojego ukochanego, ale i Ciebie...:)

N.C. /http://samejsobie.blogspot.com/- powiem, że Twoja opowieść zmusiła mnie do refleksji. Jest niemal jak z filmu, czy raczej z racji pasji tu obecnych powinnam tu powiedzieć - z książki. Bardzo dziękuję, że zechciałaś się ze mną tym podzielić. i gratuluję podejścia - godne podziwu.

Natalie Rosa /http://endlessbooks.blogspot.com/- popłakałam się czytając Twój komentarz - ze śmiechu. Urzekła mnie ta historia. Co za duma! Paznokieć, nie mogę :) 

Amy Yamy /http://flirty-z-ksiazka.blogspot.com/- wymieniając rzeczy, które trzymasz w sztufadzie opowiedziałaś mi o sobie. Naprawdę mam wrażenie, że cię poznałam. Czytając ten komentarz dowiedziałam się, że jesteś wrażliwa, przyjacielska, sentymentalna i masz poczucie humoru.

Recenzencki /http://recenzencki.wordpress.com/- otwierając Twoją szufladę mogłabym się pomylić i pomyśleć, że otwieram swoją, teraźniejsza lub tę z czasów liceum/studiów. Paragony - koniecznie - nawet jeśli nie musiałam ich trzymać, ze względu na gwarancję, ale jak okres gwarancyjny już dawno minął, albo wyblakły. Były tam, bo... były. Kapsle Tymbarka - obowiązkowo - robiłam sobie za ich pomocą codzienne wróżby. I dokumenty - wiadomo. i też przyznaję, że w mojej torebce czy szufladzie można znaleźć wszystko:
a) łącznie z lewarkiem
b) oprócz porządku

A teraz wyniki:

Zestaw mola książkowego trafia do .. Amy Yamy! Gratuluję! Już (prawie) wiem, co Tobie podaruję, ale napiszę o tym, gdy już wyślę. Teraz czekam na adres.

I jeszcze wyróżnienie. Nie mam nagrody rzeczowej, ale zdjęcie z dedykacją dla Natalie Rosa - z paznokciami. Fotka pochodzi z jednego z moich wpisów, w którym opisywałam mój urlop i podróż szlakiem mazurskich legend - tu dowiesz się o tych czerwonych pazurkach więcej :) 


Jeszcze raz Wam bardzo dziękuję! I mam nadzieję, że będziemy się poznawały coraz lepiej i lepiej. Na początek czytając swoje posty. Pozdrawiam Was!

piątek, 29 listopada 2013

"W pierścieniu ognia" przykładem udanej ekranizacji



Coraz bardziej się rozkręcam. Miało być o książkach, pojawiły się gadżety, wspomniałam o kulinariach, a teraz jeszcze film. Ale ekranizację można chyba zaliczyć do tematów książkowych. Post będzie dotyczył drugiej części Igrzysk Śmierci – W pierścieniu ognia.

Nie wiem do końca, co to będzie. Trochę recenzja, trochę analiza, trochę porównania do książki, trochę do pierwszej części… Chcę poruszyć kilka kwestii, postaram się być jak najmniej chaotyczna, ale mam słowotok, więc wybaczcie. Ale na pewno będzie się tu roiło od SPOILERÓW, więc ostrzegam tych, którzy są przed przeczytaniem tudzież przed obejrzeniem.

Kiedy obejrzałam pierwszą część, nie prowadziłam jeszcze bloga. Ograniczyłam się do jednego wpisu na facebooku, który brzmiał:
Obejrzeć ekranizację swojej ulubionej książki i się nie zawieść, to naprawdę coś. Wczoraj byłam na premierze "Igrzysk Śmierci" i do tej pory jestem w szoku, bo film mi się podobał. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń, ale ogólnie mogę twórcom tylko pogratulować, że - przepraszam za kolokwializm - nie odwalili chały.

Tak wiem, że mogę się wydawać za stara na fankę serii dla młodzieży, ale o tym, co i dlaczego mi się w niej podoba pisałam tutaj i tu. Więc nie będę się powtarzać. Teraz o filmie.
Tym razem nie tylko się nie zawiodłam, ale jestem wręcz zachwycona. Po pierwsze książka napisana jest w pierwszoosobowej narracji i w czasie teraźniejszym (genialne). Główna bohaterka jest więc świadkiem wszystkich wydarzeń, o których mowa w książce, ewentualnie relacjonuje to, czego dowiaduje się od innych. To pierwsza różnica między książką a filmem. W wersji filmowej Katniss nie prowadzi narracji i to akurat odbieram na plus. W filmach, w których bohater opowiada swoją historię takie monologi bywają nudne (choć w przypadku Foresta Gumpa było ok). W IŚ niektóre sceny zostały „stworzone”  przez filmowców (centrum dowodzenia igrzysk, rozmowy Prezydenta Snowa z organizatorem igrzysk, studio komentatorskie…) Ale było to dobrze pokazane, choć w drugiej części lepiej. Jeśli chodzi o pierwszą część twórcom nie do końca udało się „pokazać” myśli Katniss. Wiem, że niektóre osoby, które nie czytały wcześniej książki miały problem ze zrozumieniem pewnych kwestii. Przy czym ja wyznaje zasadę NAJPIERW KSIĄŻKA, PÓŹNIEJ FILM! :)  Ale jeśli ktoś dzięki filmowi ma przeczytać książkę, to też jest dobrze. Ale wróćmy do tematu. W filmowej dwójce wszystko było jasne. W ogóle miałam wrażenie, że ten film „mówił książką” – naprawdę wyobrażałam sobie wiele scen tak, jak pokazali to twórcy, a dialogi to już w ogóle były żywcem ściągnie z  książki. Wiem, że na kwestię wyobrażenia może wpłynąć fakt, że widziałam pierwszą część i wiedziałam, czego można się spodziewać w dwójce. Ale ja mówię o moich wyobrażeniach z czasu czytania – a czytałam całą trylogię na długo przed ekranizacją.

No i wiedziałam, że się pogubię. Postaram się krótko. Film był naprawdę dobry. Było dużo wzruszeń, ale nie brakowało i poczucia humoru. Szczególnie zachowania i reakcje głównej bohaterki wywoływały salwy śmiechu na sali kinowej : mina Katniss, gdy Joanna (świetna gra aktorska) rozbierała się w windzie, pocałunek Chaffa - miałam identyczne odczucia czytające te wątki w książce i oglądając w filmie. Uśmiałam się do łez. Ale wiem też, że gdy Katniss mówiła o Rue w jedenastym dystrykcie, nie tylko ja płakałam. Słyszałam chlipiących wokół mnie. 
Genialna scena – kiedy suknia ślubna Katniss zmienia się w strój kosogłosa. W ogóle kreacje były w filmie świetne (motylkowa suknia Effie), a scenografia w ogóle zwalała z nóg. Po prostu spektakularny film.
Podobnie, jak w pierwszej części kilku wątków zabrakło (hobby Katniss, jakim rzekomo było projektowanie, jej koleżanka Magde, spotkanie Katniss z uciekinierkami z Ósemki). Jednak naprawdę łatwego zadania twórcy filmu nie mieli. Tam się ciągle coś działo – więcej niż w pierwszej części. Tu najpierw było tournée, potem przygotowania do igrzysk, potem igrzyska.
Podsumowując: książka wiadomo, że lepsza :) Ale film dał radę.

wtorek, 26 listopada 2013

Konkurs z okazji setki lajków na fejsie :)

Tak jak obiecałam robię konkurs, by podziękować za pierwszą setkę lajków na facebooku (która teraz już jest ładnie przekroczona). Zadanie konkursowe w pewnym stopniu dotyczy nazwy mojego bloga, a także ma służyć temu byśmy trochę się poznali.
Napiszcie w komentarzach (na blogu, nie na fb) co chowacie do szuflad? Albo co w nich znaleźliście robiąc porządki, co was zaskoczyło. Jeśli odpowiedzi towarzyszyć będzie jakaś historia - proszę bardzo. Nagrodzę najciekawszą moim zdaniem odpowiedź :)
A teraz nagroda. Dla zwycięzcy przyszykuję zestaw mola książkowego, tj.: książka (nowa lub z mojej biblioteczki) kubek (na kawę lub herbatę) i zakładka do książki (nie taka znowu oczywista). 
Niniejsza fotografia jest tylko ilustracją do tekstu - to nie zdjęcie nagrody. Tę dopiero wybiorę - postaram się ją dobrać charakterologicznie do zwycięzcy. Nawet jeśli się nie znamy - za podpowiedzi posłuży mi Twoja odpowiedź na pytanie, to jak prowadzisz bloga (jeśli masz) lub profil na fb lub jakimś portalu społecznościowym. Na odpowiedzi czekam do soboty do godziny 23.59. W niedzielę trzeba będzie wybrać zwycięzcę :) Odpowiedzi wrzucaj w komentarzu wraz z odnośnikiem do miejsc, które pozwolą mi Ciebie bliżej poznać :)

Wyniki w niedzielę, zwycięzcę uprasza się o przesłanie adresu najpóźniej do wtorku wieczorem. Potem wybiorę nowego zwycięzcę :)


sobota, 16 listopada 2013

Gadżety mola książkowego: stolik pod laptopa

Jak już wspominałam czytam i piszę w moim kąciku - który wygląda --> TAK (teraz jeszcze jest uzupełniony o zegar dworcowy! Tak, tak. Dworcowy. Niebawem pokażę). Leżanka do czytania wiadomo, że jest wygodna, sęk w tym, że ja również na niej piszę. Za biurkiem siedzę osiem godzin w pracy i ani myślę mieć powtórki z rozrywki w domu. No ale przecież na kolana laptopa nie wezmę. Zanim kupiłam sobie ten stolik używałam dość prowizorycznych podkładek - były nimi wyciągnięta półka z szafki lub książka w twardej oprawie formatu A4. Mam mały, 10 calowy laptopik więc bez problemu się mieścił. Ale na taki stolik chorowałam od dawna, więc kiedy okazało się, że jest w promocji rzuciłam się i mam :)
Najprościej mówiąc to właśnie taka podkładka lub tacka z nóżkami. Stoliki można kupić w różnych sklepach i różnią się bajerami. Ja powiem, które z nich ma mój i które moim zdaniem musi mieć, żeby był dobrym stolikiem.
Przede wszystkim musi mieć otwory w blacie - by laptop mógł "oddychać". Przegrzany komputer, to popsuty komputer - coś o tym wiem :/ Stolik, który posiadam na regulowaną wysokość nóżek. Domyślnie są takiej długości, by można go było złożyć  - ekonomia miejsca, można go wsunąć pod łóżko, podstawić pod ścianę lub nawet postawić na biurku. Zamontowane w nóżkach motylki, służące właśnie do regulacji wysokości, można odkręcać ręcznie, bez użycia żadnych narzędzi. W moim stoliku ruchoma jest też główna część blatu - można uregulować kąt nastawienia, dzięki czemu komputer może stać nim płasko lub pod odpowiednim dla nas katem. "Mechanizm" podobny jest to tych w dziecięcych wózkach, służących pod regulowania wysokości oparcia czy deskach do prasowania. By nachylony komputer nie spadł, na końcu blatu umieszczono zaporę. 


Tę funkcjonalność wykorzystać do czytania, jak w przypadku stojaków na książkę kucharską lub księgi liturgiczne w kościele :) 

I jeszcze jedna rzecz. Lubicie dostawać śniadanie do łóżka? Ewentualnie je komuś w ten sposób podawać? Ten stolik jest do tego idealny. A jeśli nie śniadanie, to chociaż kawa lub herbata do pisania lub czytania - można ją postawić na stałej, nieruchomej części stolika.

Bez względu, czy będziecie pożerać pyszne potrawy czy kolejną książkę, życzę smacznego. To jest gadżet godny polecenia. Uwielbiam go! I daję mu maksymalną ilość punktów. PS: Co prawda nie wymyśliłam jeszcze sposobu oceniania gadżetów. Może macie jakieś pomysły?  Książki oceniam --> TAK

środa, 13 listopada 2013

"Drzewo Morwowe" - Tomasz Białkowski

Tytuł: Drzewo Morowe
Autor: Tomasz Białkowski
Wydawnictwo: Szara godzina, 2012
Liczba stron: 300

Morwa już nigdy nie będzie taka smaczna 

Przy domu rodzinnym mojej przyjaciółki rośnie morwa. Pamiętam, jak zajadałam się jej owocami latem. Ogólnie to drzewo przywoływało u mnie miłe wspomnienia z dzieciństwa. Dopóki nie przeczytałam tej książki. Odtąd morwa już nigdy nie będzie taka smaczna...


Na Warmii i Mazurach dochodzi do kilku tajemniczych, makabrycznych morderstw. Mistycyzmu dodaje motyl wkładany przez zabójcę w usta ofiar. Co to znaczy?  Zagadka dla dociekliwego gliny lub... dziennikarza. Tu bohaterem jest ten drugi, choć taki dociekliwy to on znowu nie jest. Paweł Werens - główny bohater "Drzewa Morwowego" - mieszka i pracuje w Warszawie. Lubi swoją pracę, ale akurat dziennikarstwo śledcze go nie kręci. Ale za młody doświadczeniem i prestiżem jest, żeby odmówić górze. A ta wysła go na północ, bo zna teren. Paweł pochodzi z Olsztyna i szczerze tego miasta nienawidzi.

"Szefostwo uznało go za najlepszego kandydata do tej misji. Werens nieopatrzenie przyznał się do swojego pochodzenia. Dzieciństwo i wiek szkolny spędził w Olsztynie. To w tym mieście zdał maturę, a potem wyjechał do Warszawy na studia dziennikarskie. Powód, dla którego nie chciał wracać do miasta, Werens skrywał głęboko w najczarniejszych zakamarkach duszy. Była to jego tajemnica, której nie znał nikt."

Ta wspomniana wyżej i oczywiście zagadka morderstwa to dwie tajemnice dla czytelnika. Werens ma do rozwiązania tylko tę kryminalną i wcale nie idzie mu najlepiej. A wszystko przez nastawienie. Nie lubi miasta, nie lubi dziennikarstwa śledczego, i nie lubi pisać tego czego nie lubi i o tym czego nie lubi. Taka trochę maruda. Dlatego założył sobie tezę i chciał jedynie znaleźć na nią dowody. Rodzaj zbrodni i tajemniczy motyl w ustach ofiar, według niektórych wskazuje na sektę - ale to przecież bezsensu. Porachunki gangsterskie, to brzmi inaczej. (Bardziej po warszawsku, co Werens?). Okazuje się jednak, że nasz dziennikarz że się mylił, a sprawa niechcący go wciąga. Choć po nitce do kłębka dochodzi raczej jego stryj (były ksiądz) niż on. To wujek odnajduje pierwowzory morderstw w historii kościoła...
Biblia do kryminałów (i książek w ogóle) była wplatana już nie raz i nie raz jeszcze będzie. Nie będę więc mówiła, że to sztampa - raczej sprawdzony motyw, który zresztą do mnie przemawia. Choć w "Drzewie..." trochę naciągany, nawiwny. Choć jak nie trudno się domyślić wszystko w końcu układa się w logiczną całość i otrzymujemy tu sporą dawkę informacji i pewną wiedzę zachowamy po przeczytaniu, czegoś mi brakowało. Nie potrafię tego nazwać. Czegoś, co sprawia, że niektóre informacje, które przemyca autor podekscytują mnie w tej własnie akcji, tym kontekście, w tej książce. Tymczasem 2/3 książki przeczytałam na raty, bez parcia. Końcówka już w porządku - jednym tchem.

Styl autora poprawny. Żadnych wpadek i "popłynięć", ale zbyt anonimowy. Za mało charakterystyczny.  Trochę zabrakło mi też poczucia humoru, które pojawia się nawet w najmroczniejszych kryminałach. Takie to było chwilami smutne... Ale autor bywał zadziorny. Bohater dostawał nagle olśnienia, ale nie zdradza swoich podejrzeń, czytelnik więc zastawiania się do jakiego wniosku doszedł, wszak posiadamy te same informacje.

Ale to nie jest tak, że mi się nie podobało. Moja intuicja mówi mi, że Białkowski się rozkręca (tzn. w kwestii kryminału, bo ma na swoim koncie sporo innych dzieł). Właśnie przeczytałam opis drugiej części - bo oczywiście seria musi być - i powiem, że sam opis to dla mnie kubeł zimnej wody. Coś czuje, że będzie lepiej niż tu.
Ale cały mój powyższy wywód to jedynie wstęp. Oto powód dla którego siegnęłam po tę książkę. Bo rzecz dzieje się w miejscach, które znam (przypominam wczorajszy post - Czytajmy polskich autorów)
Choć główny bohater zapiera się, że nienawidzi Olsztyna, książka nomen omen jest hołdem dla tego miasta. Poznajemy tu trochę jego historii i otrzymujemy naprawdę dużą dawkę informacji o topografii miasta. Jeśli tam jedziesz, nie znasz miasta  i nie masz mapy - weź tę książkę.
Ja w przeciwieństwie do Werensa bardzo lubię Olsztyn i właśnie tam studiowałam dziennikarstwo :) (i też o nim piszę :))
W książce pojawił się też Elbląg - w którym mieszkam i pracuję, i ledwie wspomniane, ale jednak, moje kochane Młynary - to tam zajadałam się morwami.  Myślę, że Olsztyn lubi też autor książki, który również z tamtych stron pochodzi, konkretnie z Jezioran. O nich w tej części nic nie było... Muszę sprawdzić, jak w kolejnych.

Ocena tradycyjna: 5/10
Moja ocena: półka

wtorek, 12 listopada 2013

Czytajmy polskich autorów

Czytajmy polskich autorów

Wiem, że nie odkryłam Ameryki. Ten temat był już poruszany i na książkowych blogach i w mediach. Ba! Sama pisałam o tym do portalu kulturalnego. Więc kto chce niech przeczyta [TUTAJ]. To tekst sprzed ponad roku, ale aktualny. No może poza jednym szczegółem. Wtedy mówiłam, że mam w planach przeczytać "Drzewo Morwowe" Tomasza Białkowskiego. Teraz jestem już po :) Recenzja pojawi się w godzinach nocnych, tudzież jutro.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Gadżety mola książkowego - zakładka z magnesem (aktualizacja)

W sobotę kupiłam sobie magnesową zakładkę do książki. I pomyślałam, że może o gadżetach mola książkowego też czasem coś skrobnę. Zważając, że - zupełnie nie wiedzieć czemu - lubię je posiadać. 

Decyzja o zakupie tegoż gadżetu wcale nie wiązała się z jakimś praktycznym powodem. Po prostu stanęłam sobie w księgarni obok wieszaka z magnesowymi zakładkami i nie mogłam się napatrzeć na znajdujące się na nich fotografie, na napisane na nich hasła, cytaty i aforyzmy. I przez te zakładki moja wizyta w księgarni się przedłużyła. Chciałam kupić kilka, ale uznałam, że skoro ma ona inny cel niż tylko ładnie wyglądać - kupię jedną na próbę, by zobaczyć co i jak.

Wiem, jakie jest jej zadanie - włożona do książki nie wypada z niej. Choć właściwie to książka jest włożona w zakładkę :)
Owo cudeńko jest rozkładane, a wewnętrzne warstwy są pokryte magnesem - jeśli włoży się pomiędzy nie kartkę, na której się skończyło czytanie - nie ma opcji, że wypadnie. 




Zastanawia mnie tylko czy książka na tym nie ucierpi, czy nie pozaginają lub poszarpią się strony i czy książka nie będzie zbyt wypukła w miejscu, w którym zakładka poleży dłuższy czas.



PS: Jutro uaktualnię post - dodam fotkę. Dziś był mały problem z tym :)


Aktualizacja -5 listopada.

Jeden dzień dłużej użytkowania i nowe wnioski się pojawiają.
To teraz przejdę do ALE.
Szczerze? Nie widzę jej wyższości nad zwykłą zakładką. Że nie wypada... Ale: magnes jest dość silny i nie łatwo jest ją rozłożyć, nie mówię, że zabiera za dużo czasu, ale np.  sytuacja z dziś: jadę autobusem i mam miejsce stojące - jedną ręką nie rozłożę zakładki - w ostateczności wkładam ją do książki jak normalną papierową, a że od takiej jest ciut cięższa, a książkę trzymam w pozycji pionowej jest ryzyko, że wypadnie... czyli mija się z celem.

 Kolejne ale: obie strony zakładki są połączone jedynie naklejką ozdobną, która prędzej czy później się przedrze, a kosztuje jakieś 8 - 10 złotych - trzy zakładki i mam książkę - więc wiecie jak jest.


Ogólnie więc nie jestem jakąś jej wielką fanką, ale bajer jest... :)
 
 
Ps: No i wiecie już co czytam i jaka recenzja będzie niebawem :) Póki co całkiem, całkiem..

sobota, 19 października 2013

Opętanie, Erica Spindler



Tytuł: Opętanie
Tytuł oryginalny: Watch me die
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo G+J
Liczba stron: 368

Hmmm, odkładałam napisanie tej recenzji z nadzieją, że jak się zastanowię, to więcej napiszę. Ale to był błąd. Nie powiem, że to była zła książka – bo czytało się całkiem dobrze, ale żeby o niej pisać… A do tego siostra zechciała ją przeczytać, więc nawet cytatami nie nadrobię objętości.
Dobra koniec żartów.
Zacznę od pozytywów. Tak wspomniałam dobrze się czyta, szybko, dobrze zbudowany nastrój styl całkiem, całkiem, dialogi w porządku, o żadnym grafomaństwie nie ma tu mowy. Podobało mi się też informacje o dniu i miejscu akcji – dzięki czemu książka miała charakter dokumentu. Bardziej był się przyczepiła do pomysłu, a właściwe wykonania, bo pomysł też ciekawy – choć bez rewelacji – ot kryminał jakich wiele. 
Opis (za wydawcą)
Dążenie Miry do odzyskania równowagi psychicznej staje się jej najgorszym koszmarem…
Mira Gallier zajmuje się renowacją witraży. Próbuje ułożyć sobie życie po stracie ukochanego męża, który zaginął podczas huraganu Katrina. Wydaje się, że po latach cierpienia niewiele brakuje, żeby odzyskała wreszcie spokój ducha.
Ale życie Miry znowu rozpada się na kawałki, kiedy ktoś niszczy w kościele odnowione przez nią witraże, a ksiądz pada ofiarą brutalnego zabójstwa. Ktoś włamuje się do jej domu, a ona sama zaczyna odczuwać obecność swojego męża: czuje zapach jego balsamu po goleniu, słyszy go przez telefon albo znajduje wgłębienie w poduszce na jego łóżku.
Tymczasem miastem wstrząsa seria kolejnych morderstw. W miarę jak liczba ofiar rośnie, Mira staje się jedną z głównych podejrzanych. Do Nowego Orleanu wraca Connor Scott, przyjaciel sprzed lat, który porusza serce witrażystki. Detektyw Spencer Malone podąża śladami psychopatycznego zabójcy.
I tenże opis skusił mnie do zakupienia książki (jak również jej niewygórowana cena). Skojarzyłam sobie z filmami „Siedem” czy „Odkupienie” czy książkami Dana Browna lub Jennifer Lee Carrel (Szyfr Szekspira) Lubię takie klimaty. Ale dużo brakuje bym mogła powiedzieć, że to dobra książka, powiem raczej, że nie jest zła.
 A ocenię jako przeciętną, w tym jedną gwiazdką nagradzam za to, że chociaż od początku wiedziałam, kto jest mordercą – bynajmniej nie dlatego, że jestem niczym Sherlock – moim zdaniem autorka go  dość szybko zdradziła, to mimo to nie brakowało tam zwrotów akcji.
Ja to czytałam tak: założyłam, że X jest odpowiedziany za morderstwa, ale w trakcie lektury widoczne były zabiegi autorki, kiedy chciała bawić się z czytelnikami, mylić tropy, budzić w nich wątpliwości. To naprawdę mogło się udać, gdyby nie napisała o kilka słów za dużo. 

Ocena tradycyjna 5/10
 Moja ocena: szafka (ale gdzieś na wierzchu :))