środa, 24 sierpnia 2016

Mój Literacki Sopot

Cztery dni, trzynaście miejsc, kilkadziesiąt wydarzeń i setki (tysiące?) uczestników - to Literacki Sopot w (przybliżonych) liczbach.
W niedzielę zakończyła się piąta edycja wydarzenia, którego tegorocznym tematem przewodnim była literatura izraelska. I choć zdominowała imprezę nie miała monopolu. Słowem, dla każdego było coś dobrego. Mój Literacki Sopot rozpoczął się w sobotę - warsztatami, z których musiałam się urwać, by zdążyć na dyskusję o promocji czytelnictwa w sieci. Potem dwa świetne spotkania autorskie i spektakl pod gołym niebem. W niedzielę podobny plan dnia - warsztaty, a po nim spotkanie z królową ;) Jeśli macie ochotę na trochę szczegółów z naciskiem na moje wrażenia, to zapraszam.


Na początek wyznanie: literatura izraelska jest mi całkiem obca i to nie temat tegorocznej imprezy ściągnął mnie do Sopotu, ale impreza sama w sobie. I fakt, że akurat mogłam tam być. Bo nie zawsze stać mnie na taki (czasowy) luksus.

Warsztaty


Zaczęłam od zapisania się na dwudniowe warsztaty z Beatą Chomątowską, co dla laika takiego, jak ja w temacie twórczości izraelskiej okazało się bardzo dobrym posunięciem. Zajęcia polegały głównie na zapoznawaniu się z fragmentami trzech książek napisanych przez kobiety: "Żywopłot" autorstwa Rabinyan Dorit, "Po rozstaniu" Zeruyi Shalev i "Płaczącej Zuzanny" Alony Kimchi (która przypadła mi najbardziej do gustu i wcale nie dlatego, że bohaterka jest moją imienniczką ;) ).
W dużym uproszczeniu powiem, że szukaliśmy wspólnych mianowników, toposów i cech charakterystycznych dla izraelskiej literatury kobiecej i to było bardzo ciekawe doświadczenie. Niestety zabrakło czasu, by poćwiczyć swój warsztat, na co bardzo liczyłam. Drugiego dnia było co prawda jedno małe ćwiczenie i zapowiadało się ciekawie, ale z trudem zmieściliśmy się w czasie. Za długopisy chwyciliśmy dosłownie na sam koniec i nie mogłam się wczuć, bo jedną nogą biegłam już na kolejny punkt programu. I to nie byle jaki - spotkanie z Katarzyną Bondą. /Pierwszego dnia zresztą też musiałam się zerwać, bo biegłam na dyskusję o promocji czytelnictwa w sieci/.

Mam więc pewien niedosyt, niemniej celem warsztatów było raczej zainteresowanie literaturą izraelską, a ten uważam za zrealizowany. "Płaczącą Zuzannę" przeczytam na pewno.




Debata:
O książkach w sieci. Nowe sposoby promocji czytelnictwa

Nie mogło mnie tam zabraknąć. Pozwólcie, że przypomnę temat mojej niedawnej magisterki - "Promocja czytelnictwa w mediach społecznościowych" (klik). Prosto z warsztatów pobiegłam więc do Sopoteki. W spotkaniu prowadzonym przez Annę Dziewit-Meller wzięli udział: Katarzyna Czajka, Bernadetta Darska i Marcin Wilk oraz oczywiście publiczność. I jak to bywa na takich spotkaniach tematów przybywało po każdej kolejnej wypowiedzi, debata mogłaby trwać w nieskończoność, a wątki rozwijały się we wszystkie możliwe strony.  Ogólnie można jednak powiedzieć, że rozmowa tyczyła się blogerów - ich pasji i zaangażowaniu.

- Blogerzy chcą rozmawiać jest to niższy poziom niż dyskusja akademicka, ale więcej niż opinia "dobra książka - zła książka, podobało mi się -  nie podobało - mówiła Katarzyna Czajka, podkreślając, że blogerzy wypełniają pewną lukę - Gazety porzuciły dyskusję o kulturze.

Było i o ciemnych stronach blogosfery, o podkupowanych recenzjach i że  zdarzają się tacy którzy postawią laurkę grafomańskiemu gniotowi, aby tylko tę książkę dostać. Bernadetta Darska podkreślała też, że dziś o wiele łatwiej jest zostać "recenzentem" - Osoby, które prowadzą blogi 5-6 lat są oburzeni, że wydawnictwa wysyłają wszystko wszystkim, nastolatkom, którzy dopiero co założyli strony. Kiedyś trzeba było sobie na to zapracować.

W tym wątku zabrakło mi drugiej strony medalu - że i blogerom dostaje się, kiedy są szczerzy. Nie było o fochach autorów i groźbach wydawcy, z znamy takie przypadki, prawda? Miałam zamiar o tym powiedzieć, ale ciężko było dorwać się do mikrofonu. Oczywiście udało mi się, ale w innym wątku akurat :).

Pojawiła się więc także kwestia wartościowania literatury - Dużo jest książek na chwilę, o których się nagle mówi, wszyscy je recenzują, ale zaraz o nich zapominamy - mówił Marcin Wilk i podkreślał, że warto pamiętać o klasykach.

Ktoś zapytał mnie potem, czy dowiedziałam się czegoś nowego. Nie. Ale nawet się tego nie spodziewałam. Bynajmniej nie dlatego, że uważam się za wszechwiedzącą (chociaż, w końcu obrona na 5 do czegoś zobowiązuje ;) ). Po prostu poszłam tam, żeby posłuchać i porozmawiać (jak się uda) na mój ulubiony temat. Podsumowując, według mnie debata była bardzo ciekawa. Tylko za krótko! Za krótko! No i mogłoby to trwać trochę dłużej.




Spotkania autorskie

Byłam na trzech. Każde z innej bajki, każde fascynujące. Z racji tego, że powstaje mi tu najdłuższy post ever wrócę do nich, przy okazji recenzji książek poszczególnych autorów. A teraz po dwa słowa.

Pierwsze było mocne. Z norweską dziennikarką i pisarką Asne Seierstad - autorką książki "Jeden z nas. Opowieść o Norwegii".  Za tym tytułem kryje się historia Breivika, sprawcy masakry na Wyspie Utoya i jego ofiar. Ale i o Norwegii.

- Dla naszego kraju to był szok, bo przecież pewne rzeczy nas nie dotyczą. Dotykają inne kraje, ale nie nas. To się nie mogło zdarzyć u nas - mówiła autorka o myśleniu, jakie panowało w Norwegii przed tragedią.

Muszę jednak powiedzieć o jednej rzeczy - spotkanie odbywało się w języku angielskim, niestety tłumacz czasem się zawieszał, co momentami było zabawne, ale też irytujące, bo wynikały z tego błędy merytoryczne. Dobrze, że prowadzący ratował sytuacje.

Drugie z "moich" spotkań było z gwiazdą festiwalu. Sala wypełniona po brzegi, ludzie siedzieli, stali, przysiadali na podłodze i zajmowali miejsce na balkonach. A gwiazdą był Etgar Keret, izraelski autor opowiadań. Z jego sylwetką i próbką twórczości można zapoznać się w ostatnim numerze "Książek" (które były rozdawane na potęgę podczas imprezy.) W magazynie znajdziecie opowiadanie pt. "Tam, gdzie rośnie zioło". Etgar upodobał sobie krótkie formy, miniatury wręcz, co wypominał mu prowadzący spotkanie. Ale tylko się droczył. Czemu Keret miałby zrezygnować ze swojego znaku firmowego, z tego za co kochają go czytelnicy. Tu dla odmiany tłumacz spisał się mistrzowsko. Co prawda nie mogę zweryfikować, bo nie znam hebrajskiego, ale nie wyglądał na zagubionego - tłumaczył symultanicznie (równolegle).

Deszcz popsuł spotkanie z Katarzyną Bondą, w ramach Kulturalnej Plaży Trójki i zamiast siedzieć na gorącym piasku, stałam ściśnięta w pubie Atelier. No i niestety nie mam książki z jej autografem, bo uwaga - i tu dla mnie będzie największe niedociągnięcie imprezy - nie można ich było kupić, ani podczas spotkania, ani na kiermaszu, bo Muza nie miała swojego stanowiska. Oczywiście na Monciaku jest księgarnia, a może nawet dwie. Ale ja przyjechałam spoza Sopotu, biegałam z językiem na brodzie z jednego spotkania na drugie i ledwo mi starczyło czasu na jedzenie. Ale żeby się nie skupiać na żalach, spotkanie było bardzo ciekawe. Autorka opowiadała o początkach swojej kariery i dziennikarskiej i pisarskiej, opowiadała o współpracy z policją, o uczynieniu bohatera z profilera. Było i o twórczości, i życiu. I o "Okularniku", który z racji zawierającej w sobie historii jest szczególnie ważny dla autorki. Wiele z tych rzeczy wiedziałam z wywiadów, ale zobaczyć królową polskiego kryminału na żywo to jest coś. Jak to powiedział prowadzący spotkanie Michał Nogaś - "Dziewczyna Bonda jest tylko jedna. Katarzyna Bonda". Co racja, to racja. A autograf? No cóż. Nie pozostaje mi nic innego jak pojechać na Targi w Krakowie. Coś mi mówi, że Muza się tam wystawi ;).


Czekając na znajomych, z którymi wracałam do domu, przycupnęłam sobie z boku w klubokawiarni Trzy Siostry, gdzie Jacek Żakowski prowadził spotkanie z Martą Abramowicz, autorką książki "Zakonnice odchodzą po cichu". Szkoda, że nie zostałam do końca. Ona miała książki. I kasę fiskalną.









Kiermasz książek

Hmm... Wszytko fajnie, stoiska były, książki też, ale nazywanie tego kiermaszem to chyba nieco na wyrost. 20% zniżki?  30 maksymalnie się gdzieś trafiło. Czyli zamiast 40 zł można było zapłacić  25 (w pozytywnym zaokrągleniu ;)) (Oprócz stoiska Biblioteki, które zbierało, co łaska). Żeby nie było - ja nie z takich, co uważają, że mi się wszystko za darmo należy. Należy to się autorom za ich pracę i wydawcom za ogarnianie oczywiście też. Ale litości, słowo kiermasz do czegoś zobowiązuje. Między kiermaszem na LS a tym, który odbył się nie tak dawno (28-30 lipca) i całkiem blisko (w Gdyni) podczas Nadmorskiego Pleneru Czytelniczego była przepaść. Rów mariański. Tam, książki były, i po 35 złotych, owszem, ale ogromny (!) wybór za 5-10-15 zł. Książki za dyszkę kartonami tam przynosili. I wynosili, co się rozumie samo przez się.

Współpraca z Wydawnictwem Nisza!

Co nie zmienia faktu, że stojący przy stoiskach ludzie byli przemili. Jak nie raz pewnie zauważyliście przemawia przeze mnie macierzyństwo, więc świetnie bawiłam się przy  wydawnictwami dla dzieci. Utknęłam na przykład przy boksie Tako i Buki, oczarowana pięknie ilustrowanym Czerwonym Kapturkiem czy zaintrygowana i nieco przerażona serią książeczek o postaciach z najstraszniejszych dziecięcych koszmarów: potworach, zombie, mumii, duchu czy kościotrupie. Wrr.. Natomiast audiobookami Buki dla najmłodszych są tak nagrane, że chce się słuchać i słuchać. Magiczne, wciągające. Panie ze stoiska obcykane w temacie dziecięcych klimatów, skończyło się oczywiście na rozmowie o moich dzieciach. No co ja poradzę ;)

Ogromne wrażenie zrobiło też na mnie stoisko Smaku Słowa, a może to po prostu świetna robota Buissnes&Culture, która zajmuje się ich promocją, sprawiła, że odniosłam wrażenie, że znam każdą książkę, jaka leżała na ich stole ;)

I wisienka na torcie na koniec. Zawarłam współpracę z Wydawnictwem Nisza. I to zasługuje na osobny post. Tu dodam tylko, że Pani Krystyna Bratkowska, założycielka Niszy jest cudowna!


Podsumowanie

Pochwaliłam, ponarzekałam, a jaki jest bilans? Bilans na plus. Na co pewnie mają wpływ Panie z Biura Festiwalu, które w swojej wspaniałomyślności pozwoliły mi naładować mój zbuntowany telefon. I pomyśleć, że założyłam sobie konto na Instagramie, żeby nie móc wrzucić miliona fotek ;)
Tak czy siak za rok też jadę. Będzie Hiszpania. Wreszcie coś, na czym się znam. W końcu czytałam "Książkę, której nie ma" ;) - recenzja tutaj.




Na sam koniec ślę pozdrowienia dla festiwalowych nowych znajomości: Ani, tłumaczki z Warszawy i Marysi z bloga Books taste good.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Ruszył Literacki Sopot!

Przez cztery dni Sopot będzie bardzo Literacki. I zamierzam być przynajmniej na jednej czwartej imprezy ;)

Jak piszą organizatorzy, Literacki Sopot to festiwal literatury odbywający się w jednym z najpiękniejszych kurortów nad Bałtykiem. Celem festiwalu jest promocja literatury i czytelnictwa wśród mieszkańców Trójmiasta oraz turystów odwiedzających Sopot. Na cztery dni miasto zmienia się w prawdziwy literacki kurort, a najpiękniejsze zakątki Sopotu tętnią rytmem literackich spotkań, warsztatów i dyskusji. Festiwal to także wspólne czytanie literatury, projekcje filmów nią inspirowanych, targi książki, a także działania z pogranicza literatury i innych dziedzin sztuki.

Tegoroczna, piąta edycja poświęcona jest literaturze izraelskiej.


Szczegóły i pełen program festiwalu na stronie: http://www.literackisopot.pl/ 
Mnie szczególnie interesują warsztaty, dyskusja o promocji czytelnictwa w sieci czy spotkanie z Katarzyną Bondą.  Ale będę gdzie się da. Wybieracie się?







Wesprzyj nas – odrobimy w polu



Drodzy Moi Szufladopółkowicze,


Wiem, że tak, jak ja kochacie książki, a słowo impreza oznacza dla Was targi książki, spotkania autorskie czy wydarzenia literackie. Jest mi dane uczestniczyć w organizacji takiegoż wydarzenia - Festiwalu Literackiego Wielorzecze.  Plany są, goście zaproszeni, wstępny program też. Nawet jest kasa. Ale za mało. Dlatego bardzo, bardzo proszę Was o wsparcie. Zorganizowaliśmy zrzutkę na Wspieraj Kulturę i za trochę albo trochę więcej złotych dajemy od siebie, co mamy - od książek (na przykład tej - KLIK) po swoją pracę, o czym możecie przeczytać niżej. Proszę. Bardzo! I dziękuję.


Informacja prasowa:

Alternatywni - z zamiłowania literaci, a z zawodu? To już różnie. Nauczyciele, dziennikarze, animatorzy kultury, ale jest wśród nich pielęgniarka, doradca personalny, dietetyk czy rolnik. Właśnie pracują nad organizacją czwartej edycji Festiwalu Literatury Wielorzecze w Elblągu. Na to potrzeba jednak środków, więc aby je zebrać oferują w zamian... swoją pracę.


10 godzin nauki języka angielskiego, warsztaty dotyczące zbilansowanej diety, sesja doradczo-coachingowa czy udział w warsztatach serowarskich to propozycje jakie członkowie Stowarzyszenia Alternatywni, organizatora festiwalu, mają dla mecenasów kultury.

W ramach festiwalu w Elblągu po raz kolejny pojawią się znani literaci i krytycy, a mieszkańcy będą mieli okazję spotkać się z literaturą w przestrzeni całego miasta.

- Spotkamy się w pubach, środkach komunikacji miejskiej, klubach muzycznych czy kinie. Będziemy czytać książki, pisać teksty i śpiewać poezję. W planach są wieczory autorskie, warsztaty, panele dyskusyjne, koncerty, happeningi, spektakle teatralne i gra miejska – zapowiada Dominika Lewicka – Klucznik, prezes Stowarzyszenia Alternatywni.

Poprzednia edycja rozrosła się na skalę ogólnopolską, a festiwal został nagrodzony jako najlepsza inicjatywa organizacji pozarządowych oraz otrzymał status Wydarzenie Roku od Prezydenta Miasta Elbląg. - Takich osiągnięć nie można zaprzepaścić, chcemy kontynuować nasze dzieło, poszerzać je, ulepszać - podkreśla prezes Alternatywnych.

Do tego jednak potrzebne są środki. Stowarzyszenie otrzymało częściowe wsparcie finansowe z miasta, ale kwota, jaką dysponuje wciąż nie jest wystarczająca, by utrzymać zeszłoroczny poziom imprezy. Stąd pomysł na finansowanie społecznościowe - popularną formę zbierania pieniędzy na przedsięwzięcia kulturalne. Zasady takich akcji są proste – wspierający oferują określoną kwotę, otrzymując w zamian prezenty od twórców, najczęściej związane z projektem np. wspomagający wydanie płyty może liczyć na krążek od artysty. W tym przypadku zebrane pieniądze pozwolą na opłacenie części honorariów twórców oraz zapewnienie im noclegów.


Natomiast na liście prezentów znalazły się książki czy gadżety związane z wydarzeniem, w tym świeżo wydana Antologia „Książka Pełna Słów” z tekstami członków Stowarzyszenia. Ponadto członkowie Stowarzyszenia, którzy przy samym festiwalu pracują w formie wolontariatu, również dorzucają do puli podarków coś od siebie – wspomniane na początku lekcje i szkolenia.

IV Festiwal Literatury Wielorzecze odbędzie się w dniach 23-25 września, a zbiórka trwa na portalu wspieramkulture.pl pod linkiem: http://wspieramkulture.pl/projekt/1317-IV-Festiwal-Literatury-Wielorzecze

Więcej informacji oraz wstępny program wydarzenia można też znaleźć na fan page Stowarzyszenia Alternatywni.

Wszelkie pytania możecie też pisać do mnie na FP Szufladopółki czy na mejla szufladopolka@gmail.com .


DZIĘKUJĘ!!!


A to my podczas Antywalentynek:









sobota, 13 sierpnia 2016

Czy z każdej poczwarki będzie "Motylek"? - Katarzyna Puzyńska




Wstępniak

Katarzyna Puzyńska już dawno była na mojej liście do przeczytania. Przypadek promocji jej książek, czyli akcję #czytamPuzynska opisywałam nawet w swojej pracy magisterskiej. Dlatego kiedy "Motylek" zatrzepotał do mnie skrzydełkami z bibliotecznej półki zaraz się za niego zabrałam. Napisanie recenzji z kolei ciągle było mi jakoś nie po drodze, ale oto jest.

Fabuła

"W mroźny zimowy poranek na skraju mazurskiej wsi zostaje znalezione ciało zakonnicy. Początkowo wydaje się, że kobietę potrącił samochód. Szybko okazuje się jednak, że ktoś ją zabił i potem upozorował wypadek. Kilka dni później ginie kolejna osoba. Ofiary nie wydają się być ze sobą w żaden sposób związane.
Zaczyna się wyścig z czasem. Policja musi odnaleźć mordercę, zanim zginą następne kobiety.
Śledztwo ujawnia tajemnice mrocznej przeszłości zakonnicy, przy okazji odkrywając też mniejsze lub większe przewiny mieszkańców sielskiej – tylko na pozór – miejscowości"

Opis za wydawcą - Prószyński i S-ka

Opinia:

Na samym początku trzeba przyznać, że Katarzyna Puzyńska przyłożyła się do dwóch głównych składowych tej książki - zagadki kryminalnej i obrazu polskiej wsi. Zarówno wątek detektywistyczny, jak i tło obyczajowo - psychologiczne zostały przedstawione na wysokim poziomie.
Autorka powoli odsłaniała kolejne karty, a prowadząc narrację i opisując wydarzenie z perspektywy różnych osób pozwoliła czytelnikowi być o krok do przodu przed bohaterami. I co ważne - nie robiąc przy tym z policjanta idioty, który nie potrafi niczego wydedukować, podczas gdy czytelnik wrzeszczy do niego: "To X jest mordercą, a do potencjalnej ofiary: nie idź tam, bo Cię zabije. Po prostu powiedziała nam (niekoniecznie wprost) to, co ukryła przed bohaterami i zrobiła to raptem kilka akapitów wcześniej.

Tak, jak umiejętnie poprowadziła intrygę kryminalną, tak trafnie opisała życie i mentalność mieszkańców wsi. Pozorna sielanka na zewnątrz, tragedie dziejące się za ścianą, plotki jako główna atrakcja - jakie to prawdziwe. W pewnych momentach można co prawda dopatrywać się stereotypów, które jak wiemy są krzywdzące, mimo to uważam , że Katarzyna Puzyńska nie poszła na łatwiznę i włożyła dużo pracy w tworzenie sylwetek bohaterów. Szczególnie tych drugoplanowych. Główni natomiast poza sprawcą, który prowadził narrację pierwszoosobową, wydali mi się trochę zaniedbani. No właśnie, tu pojawia się jeszcze kwestia określenia, kto jest głównym bohaterem. Początkowo wydaje się, że to Weronika, wszystko kręci się wokół niej, poznajemy jej historię, to jej towarzyszymy w trcie akcji. Jednak kiedy pojawia się zagadka kryminalna na pierwszy plan wysuwa się prowadzący dochodzenie Daniel, a Weronika na przemian pojawia się i znika (rym przypadkowy ;)). 

W każdym razie, ciężko mi powiedzieć o nich coś więcej, są to dość zachowawcze postaci, wiemy oczywiście o nich to i owo, ale bardziej z opisu niż działań. Jak wspomniałam autorka skupiła się na psychice sprawcy i kilku pobocznych bohaterów, co było niezbędne do zbudowania atmosfery w książce, więc ostatecznie oceniam to pozytywnie. Z pewnością sięgnę po kontynuację i wierzę, że tam poznam bliżej zarówno Daniela, jak i Weronikę.

Minusy? Było w tej książce kilka szczegółów, szczególików wręcz, ale skutecznie mnie irytujących. Wszystkie miały związek z miejscem akcji. I nie chodzi nawet o to, że w tak małej wiosce trupy ścielą się gęsto (w końcu po „Motylku” są kolejne części serii), od tego jest przecież fikcja literacka. Jednak choć wiem, że to przecież „tylko” książka, a to książkowe Lipowo jest wymyślone, zachodzę w głowę, skąd w takiej zabitej dechami wsi, z jednym jedynym sklepem, wziął się prężnie działający posterunek policji. I to z pięcioma pracownikami (w tym sekretarką uczestniczącą w odprawie)? Całą książkę mnie to drażniło, a kiedy jeszcze potem doczytałam się, że w owej wiosce jest także kiosk z gazetami (błagam, gdzie by się taki utrzymał?) to poczułam normalnie złość na autorkę. Gdyby tak to jeszcze była gmina chociaż... Może to jakieś moje urojenia, wszak książkowe Lipowo ma swój pierwowzór. Możliwe, że w Polsce są wsie z jednym tylko sklepem, ale za to z osobnym kioskiem z gazetami oraz jednym kościołem i posterunkiem z pięcioma pracownikami (mimo wprowadzanych ciągle oszczędności). Jeśli tak, cofam wszystko i zwracam honor.


Ocena tradycyjna 6/10
Moja ocena: półka

***

Ta książka bierze udział w wyzwaniu #ksiazkawpodrozy organizowanym przez Awiolę z Subiektywnie o książkach i Paulinę z Czytaj na walizkach, w ramach którego w każdy tydzień wakacji czyta się książkę z innego gatunku. Tę przeczytałam w tygodniu z kryminałem, w którym przeczyłam także "Co nas nie zabije" - recenzja klik.

Update:Właśnie zauważyłam, że przez chwilę Daniel był w mojej recenzji Dominikiem. Wybaczcie, już poprawione ;)



środa, 3 sierpnia 2016

"Płaczący chłopiec" Agnieszka Bednarska. Przeczytaj, ale nie wieszaj na ścianie.

Wstępniak:

O tym, że sięgnę po tę książkę dowiedziałam się, gdy tylko przeczytałam recenzję u Awioli z Subiektywnie o książkach. Musiałam jednak trochę na nią poczekać w bibliotece. A kiedy do mnie trafiła idealnie wpisała się w wyzwanie organizowane właśnie przez Awiolę i Paulinę z Czytaj na Walizkach - #książkawpodróży. Wybrałam ją na tydzień z horrorem, bo chociaż określana jest jako literatura obyczajowa, jej tłem jest wątek paranormalny, który naprawdę może przyprawić o dreszcze.

Fabuła (opis za wydawcą):

"Czy to możliwe, by na portrecie dziecka ciążyła straszliwa klątwa? A jeśli nie, to dlaczego wszystkie domy, w których pojawił się obraz, spłonęły?
Portret Dominika owiany jest mroczną tajemnicą, podobnie jak jego losy. Wiele osób szuka odpowiedzi na pytanie, czy pogłoski o klątwie są prawdziwe, czy stanowią jedynie wytwór wyobraźni. Prawdę chcą zgłębić Danielle, realistka od lat samotnie zmagająca się z życiem, i Susan Sparks, angielska arystokratka, która za błąd popełniony w przeszłości płaci wysoką cenę. Wywodzące się z odmiennych środowisk i różniące się niemal wszystkim kobiety łączy miłość do chłopca uwiecznionego na portrecie, a także pewność, że wyjaśnienie tajemnicy leży w historii dziecka sprzed lat"


Opinia:

Autorka umiejętnie, niezwykle interesująco, z dbałością o najmniejszy szczegół osadziła istniejący obraz i krążącą wokół niego legendę w swojej książce. W Wielkiej Brytanii mówi się o dziesiątkach przypadków pożarów miejsc, których ściany ozdabiał Płaczący chłopiec. I chociaż domy często spaliły się doszczętnie, obraz pozostawał nietknięty. Macie dreszcze? Ja też. W każdym razie, książkę czytało się tak, jakby ktoś wreszcie odkrył tajemnicę malowidła i teraz przedstawia nam wyniki swojej pracy. Naprawdę, tak jak ostatnio nie mogłam zdzierżyć kontynuacji dzieła przez innego autora (klik), tak teraz jestem zachwycona inspiracją. Głównie dlatego, że Agnieszka Bednarska zrobiła to z klasą.

Wracając do określenia gatunku - horror czy może jednak dramat obyczajowy? Według mnie idealne połączenie obu. Czy się bałam? Tak, chociaż to chyba nie do końca właściwe określenie. Raczej towarzyszyło mi ciągłe uczucie niepokoju. Przyśpieszony oddech, ukradkowe spoglądanie za plecy i nadwrażliwość na najmniejszy choćby dźwięk dobiegający z pogrążonego we śnie domu, to atrakcje, jakie serwuje nam autorka. Trzeba przyznać, że potrafi trzymać czytelnika w napięciu, ale jednak nie to najbardziej zapadło mi w pamięć. Z kart tej książki przede wszystkim wypływa cierpienie. Zarówno te tłumione w sobie, przykryte maską niezależnej, silnej kobiety, jaką pozornie była Danielle, jak i Dominika. Ten niesamowity płaczący chłopiec którego historię poznajemy stopniowo, wplecioną między akcję dziejącą się współcześnie - zarówno budzi przerażenie, jak i wywołuje ogromne współczucie. Odczuwałam tak silne poczucie niesprawiedliwości, że z jednej strony miałam ochotę wejść do książki i potrząsnąć niektórymi bohaterami, z drugiej byłam zła na autorkę, że nie ma litości dla tego dziecka. Za to wyobraźnię ma niesamowitą.



Całość łagodziły prowadzone przez Danielle próby rozwiązania zagadki - ten wątek niczym w porządnej sensacji rozbudza w nas zmysł detektywistyczny, natomiast tajemnicze, mistyczne tło oraz  historia chłopca z obrazu fundują nam kakofonię emocji. To naprawdę świetna książka, a kolejny plus daję jej za styl, który od razu zwrócił moją uwagę. Autorka obecnie (od 2005 roku) mieszka zagranicą, ale widać, że pielęgnuje język ojczysty. Ma bogate słownictwo i wie, że istnieje coś takiego jak synonim. Ponadto, pogodziła swoje dwa domy - pisząc po polsku osadziła akcję w Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka obecnie i gdzie historia obrazu z klątwą budzi duże zainteresowanie. 

Kolejna rzecz, o której muszę powiedzieć, to okładka. I tym razem nie chodzi o to, jaka jest, ale jaka nie jest. A nie jest reprodukcją obrazu "Płaczący chłopiec", choć wydawałoby się to oczywiste. Nie wiem, czy to decyzja autorki czy wydawnictwa, czy powodem były formalności związane z prawami autorskimi. Wiem natomiast, że dobrze, że tak się nie stało. Gdyby płaczący chłopiec spoglądał na mnie z okładki odchodziłabym od zmysłów. Ponoć wpatrywanie się w portret chłopca, budzi u odbiorcy uczucie niezrozumiałego lęku i napięcia. Oczywiście czytając o nim w sieci omiotłam go spojrzeniem, a dzieło wydało mi się nawet wcześniej znane, ale szczególnej ochoty na wpatrywanie się nie miałam. Z tego samego powodu nie zamieszczę tu zdjęcia malowidła. Chcecie, to szukajcie sobie sami, jak jesteście tacy odważni...

Gdybym chciała znaleźć jakieś minusy, musiałabym się zwyczajnie przyczepić. A nie mam zamiaru, dlatego "Płaczącego chłopca" polecam wszem i wobec.


Ocena tradycyjna: 10
Moja ocena: wyższa półka

***

Ta książka wzięła udział w wyzwaniu #książkawpodróży organizowanym przez Awiolę z Subiektywnie o Książkach i Paulinę z Czytaj na walizkach. Więcej informacji u dziewczyn - TUTAJ i TU TEŻ

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Nadmorski Plener Czytelniczy - krótko, ale miło.

Morze i książki? Czy może być lepsze połączenie? Tak, wiem, że to pytanie retoryczne. Stawiałam je już na FB chwaląc się, że jadę do Gdyni. Muszę się przyznać, że morze pokochałam nawet wcześniej, albo przynajmniej wcześniej sobie tę miłość uświadomiłam.  Lato bez wizyty nad Bałtykiem jest dla mnie latem straconym, zwłaszcza, że mieszka(ła)m blisko morza (+/- 50 km), na Śląsku, gdzie również jeździłam na  wakacje, dzieciaki z podwórka mówiły na mnie nawet "Zuzia znad morza ;)) W każdym razie najpierw były jednodniowe wycieczki z rodzicami, potem obozy, wyjazdy z przyjaciółmi, wreszcie z mężem. Dziś wciąż je kocham, i słyszę jak mnie woła. I marzę, że kiedyś tego wołania posłucham i naprawdę stanę się "Zuzią znad morza".

Ach, rozmarzyłam się. W każdym razie znalazł się ktoś, kto idealnie połączył moje miłości - organizatorzy Nadmorskiego Pleneru Czytelniczego, i tak się jakoś złożyło, że byłam na nim po raz pierwszy, chociaż w tym roku odbyła się już piąta edycja imprezy.






Plener trwał trzy dni, ale dla mnie była to właśnie jednodniowa rodzinna wycieczka. Wybraliśmy się tam w sobotę. Wyjazd był dość spontaniczny, przez co nieco chaotyczny. Ale co przeżyłam, to moje ;) Mąż z córeczkami, troszkę poplażowali, ja tym razem jedynie napawałam się widokiem morza. I zapachem książek, rzecz jasna.

Właściwie byliśmy tam tylko 3-4 godziny, ale udało się wziąć udział w dwóch spotkaniach. A że sprawiedliwości musiało stać się za dość, jedno było dla mnie, drugie dla dzieci.
Z sentymentu do dziennikarstwa postawiałam na spotkanie z Tomaszem Siekielskim.


Od dawna miałam ochotę przeczytać jego książkę, a tu jeszcze taka okazja, żeby go spotkać, posłuchać, zdobyć książkę z autografem i... oczywiście strzelić sobie fotkę ;)  Padło stwierdzenie, że to zdjęcie rozwodowe. Pytanie brzmi: Tomasza Sekielskiego, czy moje? ;) Swoją drogą, sympatyczny gość.





Potem przerwa na lody i przyszedł czas na atrakcje dla dzieci, ściślej dla Łucji, bo Oliwia w tym czasie smacznie spała. Na scenie kameralnej odbyło się poobiednie czytanie dla dzieci i rodziców, czy raczej przez rodziców. Organizatorzy chcieli, aby to właśnie przybyli na spotkanie rodzice poczytali swoim dzieciom. Jak się pewnie domyślacie, nie musieli mnie szczególnie długo namawiać. (bo lubię czytać innym - klik). Z ogromną przyjemnością przeczytałam opowieść smokach Momo i Kiki. Po mnie tę samą książkę przeczytało jeszcze kilkoro rodziców. Tak dobrze czytacie - tę samą książkę. Jednak historie były inne i to stworzone przez obecne na spotkaniu dzieci. Na tym właśnie polega magia tej książki. Momo i Kiki to bajka modułowa. Zestaw składa się z książki-bazy i trzydziestu wymiennych kart z treścią - rymowanymi wierszykami, które dzieci mogą układać według własnego uznania, tworząc za każdym razem inną historię. Genialne!









Na koniec herbatka i kawa w Kawiarni Literackiej, gdzie nawet poduszki przypominały o Nagrodzie Literackiej Gdynia ;)


Oczywiście w międzyczasie przechadzałam się pomiędzy stoiskami. Moje zdobycze nie są szczególnie imponujące, jeśli chodzi o ilość, bo trzeba przyznać, że naprawdę okazje były niesamowite. Obecnie jestem na odwyku, jeśli wiecie co mam na myśli. Przyjaźnie się natomiast z biblioteką. 

Nabyłam więc jedynie trzy książki. Oczywiście "Sejf" Sekielskiego (z rabatem na okazje Pleneru i spotkania) - 29 zł, Murakami 5 zł! i Krzysztof Beśka za dyszkę.  W gratisie dostałam książeczkę promocyjną - pierwszy rozdział "Lampionów" Katarzyny Bondy i - a jakże - katalog Wydawnictwa Rebis. A także trochę zakładek. Teraz zacieram ręce na jakieś jesienne targi. Katowice? Kraków? Hmmm.....


PS: Wiola, Paulina? Jak rozumiecie czytać nie było kiedy. Ale jakby nie było, to #książkawpodróży ;) Zaliczycie mi ten wpis? ;)


poniedziałek, 25 lipca 2016

Biblioteczne podwórko #2 - Koziołek Matołek w Parku Kajki

Jak pewnie zauważyliście, kiedy tylko pojawia się okazja, zabieram swoje dzieci do książkowego świata. Nie tylko poprzez czytanie książek w domu. Wszelkiego rodzaju wydarzenia czytelnicze - jak głośne czytanie, kiermasze książki, spotkania autorskie czy warsztaty literackie zorganizowane główne dla najmłodszych lub wzbogacone atrakcjami dla nich - nie odbywają się bez naszego udziału ;)

Dlatego nie mogło nas zabraknąć podczas drugiej odsłony Bibliotecznego Podwórka, cyklu spotkań dla dzieci i rodziców organizowanego przez Bibliotekę Elbląską. Tym razem dzieci mogły zapoznać się z przygodami Koziołka Matołka, który wędrując do Pacanowa odwiedził Elbląg. Z młodymi Czytelnikami spotkał się w sobotę, 23 lipca w Parku Kajki.






Po kukiełkowym przedstawieniu w wykonaniu teatru objazdowego Vaśka z Torunia był czas na zabawy sportowe i artystyczne. W drodze wyjątku (bo nie mieliśmy akurat słodyczowego dnia) pozwoliłam nawet Łucji zjeść lizaka, którego dostała od Pań. Tak, uległam marketingowym sztuczkom. Gdyby nie to piękne opakowanie, byłabym bardziej konsekwentna ;)




Łucja Stwór: Czytaj książki, bo jak nie to Cię zjem!




Czego, jak czego, ale zdolności plastycznych, to Łucja nie odziedziczyła po mamie. Ja po prostu takowych nie posiadam. A ona, owszem.



Oliwcia: Możecie, mi nie przeszkadzać? Ja tu czytam! ;)





Moje Szkraby jak zwykle zadowolone. Kolejne spotkanie w ramach Bibliotecznego Podwórka 13 sierpnia w  Parku Traugutta w Elblągu. Jeśli będziemy w domu, skorzystamy na pewno ;)

PS: Spróbuję zdobyć więcej zdjęć od pań z Biblioteki Elbląskiej, które zachwycone postawą czytelniczą Oliwii ;) zrobiły jej niemal sesję zdjęciową.