piątek, 2 grudnia 2016

Mój pierwszy raz

Nie jestem doświadczona w tych wszystkich bookpornach i bookhoulach. Oczywiście chwaliłam się tu już czasem stosikami, tym czy innym listem, a nie tak dawno temu targowymi zakupami. Ale...
W ostatnich dniach przyszło do mnie kilka ciekawych książek i chciałam już: focić, wrzucać, chwalić się. I co? Oczywiście - zrobiłam od razu zdjęcie (czasem udało mi się nawet w kopercie), ale zaraz potem ono dziwnym trafem zniknęło z mojego telefonu, a jeśli nie, to jakość była gorsza od bardzo złej... O tym, że zrobię zdjęcie przy paczkomacie, przypomniałam sobie w drodze powrotnej do domu, kiedy już zaczynałam walczyć z taśmą zabezpieczającą karton. Postanowiłam więc, że z pewnością uwiecznię wizytę na poczcie, gdzie czekały na mnie dwie książki. Ale z kolei awiza na mnie nie poczekały, bo poszły na pocztę z moim mężem... I znowu fotka po fakcie. Cóż, żaden ze mnie book bloger ninja. Ale czy to ważne? W końcu mam książki. Uznałam więc, że jednak zrobię to grupowo i oto obnażam się przed wami z moimi zdobyczami :)




 Od lewej:

1. "Maszyna do pisania" Katarzyna Bonda - książka moich marzeń, jechałam po nią na Literacki Sopot i Krakowskie Targi. W Sopocie nie było Muzy, a na targach dowiedziałam się, że książki nie ma nawet w magazynach! Załamka.  Aż tu nagle przychodzi Czarny Piątek i kupuję sobie ją za jakieś 15 zł. Radość!

2. "Lampiony" Katarzyna Bonda. Wygrana w konkursie Salonu Ciekawej Książki w Łodzi. Konkurs był na FB, a ja tak szybko chciałam odpowiedzieć na pytanie konkursowe, że nie zauważyłam, że odbiór osobisty. Jak dobrze, że blogosfera nie zna granic. Jak dobrze, że jest Wiola z Subiektywnie o Książkach, która odebrała książkę dla mnie i ją przysłała. Kocham tę dziewczynę, no! (W poście o Targach pisałam, że jest moją idolką, zastanawiam się, kiedy zacznie się mnie bać, że jakaś psychofanka, czy coś ;) Książka z podpisem autorki.


3. "Ojcowie szóstego levelu" Magdalena Szwarc - kolejna zdobycz konkursowa, wygrałam u Barłożanek - Sylwii Chutnik i Karoliny Sulej. Błysnęłam komentarzem i mam, a co ;) Z gratulacjami wygranej od ekipy Barłogu Literackiego :)

4. "Latarnia Umarłych" Leszek Herman - egzemplarz recenzencki służbowy z eKulturalni.pl, ale i tu pojawi się opinia, więc pochwalić się mogę, co nie?

5. "Zagłada 2029" - Radosław Pydyś - książka od autora, z ujmującą dedykacją i przerażającym dopiskiem, jedno i drugie zdradzę przy okazji recenzji. I jeszcze na kopercie znaczek z Elsą, dacie wiarę? 

A tu moje próby natychmiastowego reagowania ;) 

"Lampiony" i "Zagłada 2029"


"Maszyna do pisania"



"Ojcowie szóstego levelu"
.
.
.
.
.
.
.
to zdjęcie znikło...

Którą z książek znacie? Którą polecacie lub nie? A może macie na jakąś chrapkę?

niedziela, 27 listopada 2016

To, co czytam: "Byłaś serce biciem, czyli przypadki pewnego literata" Zbigniew Książek

 Co u ciebie słychać? – jedno z pytań spełniających fatyczną funkcję języka. To takie polskie „hałarju” Bynajmniej nie zadawane po to, by dać odpowiedź zgodną ze stanem rzeczywistym. Ma brzmieć, „Dziękuję, w porządku”. I pogadane.
 
 
Gorzej, gdy takie pytanie pada po dłużej nieobecności jednego z rozmówców, a do opowiedzenia jest przynajmniej pół życia. Tu jest potrzebne porządne spotkanie po latach. Ba! Cykl spotkań. Co prawda trudno powiedzieć, że Zbigniew Książek to mój stary znajomy. Jak znałam utwory „Byłaś serca biciem” czy choćby „Niech mówią, że to nie jest miłość” tak nie miałam pojęcia, że to on jest autorem słów. Dopiero, z wiekiem (i pracą w kulturze) potrafiłam już to nazwisko osadzić w konkretnych dziełach.
Skąd ten mój mini wykład z językoznawstwa? Bo tak właśnie odebrałam książkę "Byłaś serca biciem, czyli przypadki pewnego literata" Zbigniewa Książka. Nie mogłam spędzić z nią jednego, góra trzech, wieczorów. Nie potrafiłam przeczytać jej jednym tchem. Umawiałam się więc ze Zbigniewem codziennie przez ponad dwa tygodnie, by mógł opowiedzieć mi swoją historię, a ja z należytym szacunkiem dla rozmówcy, mogła jej spokojnie wysłuchać.
No dobra, nie było tak znowu spokojnie. Groteskowo-satyryczny styl sprawił, że wielokrotnie wybuchałam niepohamowanym śmiechem. To on zresztą sprawił, że przeczytaniu kilku- kilkunastu stron musiałam odłożyć książkę i przetłumaczyć żarty na prawdę, a potem ją przełknąć.
Książka opowiada o kilku etapach życia literata. Z sali kongresowej, gdzie Zbigniew Książek odbiera dziewiątą złota płytę, przenosimy się do Chicago, w którym miał spełnić swój amerykański sen, czyli zarobić na życie. Potem autor rzuca nas w jeszcze inny okres swojego życia, w konsekwencji przywodząc mi na myśl motyw wędrówki z „Opowieści wigilijnej”. Szczęśliwie, rachunek sumienia autora nie jest tak bogaty w złe uczynki jak u Scrooge’a, ale z pewnością nie brakuje w nim refleksji. Także nad wiarą w Boga. Choć, jeden z grzechów głównych towarzyszył mu w opowieści. To gniew. Czy się od niego uwolnił - dowiecie się czytając książkę.
Poważnych tematów ukrytych w lekkim tonie opowieści jest jeszcze więcej. Zbigniew Książek mówi o rodzinie, przyjaźni, zaufaniu, stosunkach międzyludzkich, a nawet zachowaniach społecznych. W tym wszystkim zachowując wielki dystans do siebie. A to, mam wrażenie, paradoksalnie coraz rzadsze zjawisko. Niby ludzie żartują, śmieją się, wygłupiają, a nagle okazuje się że mają kij w pewnej części ciała.
!Uwaga, pozwolę sobie na przykład z życia. Często śmieję się sama z siebie. I wiecie, co zdarzyło mi się słyszeć wtedy od ludzi? (Mam na myśli osoby postronne, bądź dalszych znajomych, przyjaciele cechują się poczuciem humoru). Nie, nie chichot, bo taki był przecież zamysł. Niestety, zamiast tego niektórzy atakują mnie pocieszaniem, a nawet (!) wykładami, że powinnam bardziej wierzyć w siebie. I wierzcie mi, oni mówią to serio, nie z ironią. Ironii bym im pogratulowała ;) A może to ja nie traktuję życia zbyt poważnie? Koniec wtrącenia!
Podsumowując, ta książka to interesujące połączenie. Zarówno dla czytelnika, który szuka w lekturze poruszania tematów poważnych, jak i chcącego się pośmiać. Co z niej wyczyta, to jego.

Ocen tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka



/Książkę przeczytałam służbowo ;) dla eKulturalni.pl. 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Muza i Buissnes and Culture

sobota, 26 listopada 2016

To, co czytam: Cztery pory roku Heleny Horn

"Ta książka jest nieśpieszna jak letnie popołudnie" - głosi opis na okładce. I rzeczywiście - początkowo w ogóle nie było mi śpieszno, żeby ją czytać. Przez kilka dni zabierałam się do niej, żeby odłożyć po dwóch-trzech stronach. Nie było między nami chemii. Aż wreszcie coś pękło i całą resztę przeczytałam za jednym zamachem.

"Cztery pory roku Heleny Horn" to rok z życia bohaterki, znakomitej aktorki teatralnej, która po śmierci męża musi nauczyć się żyć na nowo. Pierwszym krokiem jest odejście na emeryturę. Chociaż pracując na scenie, często nie miała czasu dla rodziny, bez męża, który był jej osobistą muzą dalsza praca nie miała sensu. Przeniosła się więc do rodzinnego domu, starej kamienicy Melunii we wsi Milanówek, by tam odnaleźć siebie i sens życia, jakkolwiek pompatycznie to nie zabrzmi.


Jak wspomniałam na początku, ciężko było mi się wgryźć w książkę. Gatunek wskazywał, że zatopię się w niej i otulona kocem będę wczuwała się w nastrój z każdym kolejnym łykiem herbaty. Ale pierwsze strony powieści go nie wnosiły, forma raczej przypominała szybką relację, bądź - co zważając na fakt, że autorka ... ma takowe na swoim koncie - scenariusz. Wydarzenia przestawiane szybko, zwięźle i bez emocji, a te powinny przecież targać kobietą, której życie wywraca się właśnie do góry nogami. To powinno dać się wyczytać między wierszami, mimo że narracja jest trzecioosobowa.

Wiele stron  musiało też upłynąć zanim polubiłam główną bohaterkę, jeśli w ogóle można mówić tu o sympatii. Bardziej odpowiednim wydaje się słowo tolerancja. Helena nie jest złą osobą, choć egocentryczną, co może irytować. Szczególnie trudno zrozumieć jej żal do córki, która oddaliła się do niej - pierwsza? Możliwe też, że traciła na tle innych, otaczających ją osób - czułego, z anielską cierpliwością Tomasza, oddanej Henryki czy pogodnej, pełnej dystansu przede wszystkim do siebie, Marty. Ale to właśnie ich obecność sprawiła, że nastrój, którego tak brakowało na początku, pojawił się nie wiedzieć kiedy, a we mnie wreszcie obudziła się empatia do głównej bohaterki była przecież pogrążona w żałobie.

Motyw pór roku wykorzystywany był w literaturze (i sztuce w ogóle) niemal od zawsze. Mnie także fascynuje, co właściwie było powodem, dla którego sięgnęłam po "Cztery pory...". Odwołanie się do nich ma oczywiście charakter symboliczny. Książka jest zresztą podzielona na części zatytułowane nazwami pór roku, a każda z nich to inny etap w życiu bohaterki. Tak jak w przyrodzie każda z nich przynosi  . tak wydarzenia w życiu Heleny przynosiły ... emocje...

Jednak jak na książkę posługująca się symboliką pór roku zdecydowanie brakowało mi opisów przyrody i aury. Można oczywiście przytoczyć kilka ujmujących fragmentów, ale umieszczanie ich niemal na początku danej części sprawiało wrażenie, że taka właśnie jest ich rola, opis przyrody odhaczony, sprawa załatwiona. No nie. Podobnie, jak napisanym rymem częstochowskim wiersz jednej z bohaterek, który zresztą znajdziemy na okładce. Na uwagę zasługuje jednak styl, to on wprowadzał ową niespieszność, a wręcz przenosił w czasie. Czytając perypetie Heleny i mieszkańców Milanówka nie czujemy, że akcja rozgrywa się w dwudziestym pierwszym wieku na przedmieściach warszawy, a gdzieś w jakimś arystokratycznym dworku kilkadziesiąt bądź kilkaset lat wcześniej.

Mimo wielu poważnych tematów pojawiających się w książce, śmierć, tęsknota, żałoba czy trudne relacje rodzinne książkę zaliczam do lekkich. Taka, którą można przeczytać zarówno latem siedząc na brzegu jeziora jak i zimą wygrzewając się przed kominkiem. Książka na każdą porę roku, na każdą porę życia.


Ocena tradycyjna: 6/10
Moja ocena: półka


Recenzja napisana dla Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Dziękuję za egzemplarz  ;)



niedziela, 13 listopada 2016

Superbohaterka na telefon (albo mejla).

Jeśli poszukujesz (albo znasz kogoś, kto szuka ;) ) osoby do:
  • przeprowadzenia warsztatów czytelniczych/literackich (dla różnych odbiorców w różnych grupach wiekowych od przedszkolaków do seniorów),
  • poprowadzenia spotkania autorskiego,
  • poprowadzenia wydarzenia związanego z szeroko pojętą literaturą,
  • napisania recenzji/relacji,
  • zorganizowania happeningów literackich
  • niecodziennej promocji książki lub wydarzenia literackiego
  • i innych działań mających na celu promocję czytelnictwa
pisz śmiało na szufladopolka@gmail.com i podejmij ze mną współpracę




Garść informacji o mnie:

Pisałam bajkę z przedszkolakami, uczyłam seniorów tworzenia treści do mediów i robiłam z nimi książkowego flashmoba. Prowadziłam m.in. otwarte warsztaty literackie podczas Elbląskiego Lata w Formie oraz zajęcia dla najmłodszych na 20. Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie.

Uwielbiam czytelnicze happeningi. Czytałam książki (na głos) w komunikacji miejskiej, na przystankach i idąc ulicą. Podczas Narodowego Czytania, na scenie i wszędzie tam, gdzie pozwoli mi wziąć do ręki mikrofon. Choć i bez niego sobie poradzę. Na przykład w przychodni.

Miesiąc temu ruszyłam z autorską akcją promującą czytelnictwo, w którą zaangażowane są także moje córeczki. W wolnym czasie zamieniamy się w superbohaterki - Woluminy i walczymy z nudą. Mamy na nią broń - książkę.


Kliknij TUTAJ po szczegóły.





Doświadczenie zdobywam poprzez inicjatywy własne oraz pracę zawodową - jestem redaktorem portalu eKulturalni.pl, wydawanym przy instytucji kultury - Centrum Spotkań Europejskich ŚWIATOWID w Elblągu. Angażuję się także w działalność Alternatywnego Elbląskiego Klubu Literackiego i Stowarzyszenia Alternatywni. To w pracy i Stowarzyszeniu często mam możliwość udziału w ciekawych projektach, a co za tym idzie prowadzenia warsztatów, spotkań czy imprez. 
W klubie również szlifuję (lub nabywam) umiejętności pisarskie. Chętnie sięgam po pióro, czy raczej klawiaturę, i piszę, kiedy czas pozwoli. Przytrafiła mi się nawet powieść, choć ostatnio preferuję krótsze formy, przy czym pozostaję wierna prozie.

Poza tym oczywiście czytam książki, prowadzę bloga i zaglądam na wiele innych, najczęściej książkowych.

W czerwcu 2016 obroniłam (na 5 ;)) pracę magisterską pt. Promocja czytelnictwa w mediach społecznościowych. Wróciłam do nauki po latach, pierwsze studia, dziennikarskie, skończyłam... jakiś czas temu ;). Tym razem padło na socjologię, gdzie skusił mnie moduł animacji kultury.

Podsumowując: po prostu, kręci mnie czytanie i chcę tym zarażać innych. Na różne sposoby, dopasowane do wieku i oczekiwań odbiorcy.

Chętnie podejmę współpracę z instytucjami kultury, placówkami edukacyjnymi, prywatnymi firmami, wydawnictwami, blogerami i wszystkimi, którzy tak jak ja chcą promować czytelnictwo.

W razie pytań, jestem do dyspozycji . Czekam na kontakt! szufladopolka@gmail.com



czwartek, 10 listopada 2016

Teraz ja! Szufldopółka o Targach Książki w Krakowie.

Już? Wszyscy blogerzy książkowi podzieli się swoimi emocjami z 20. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie? To teraz ja. Odpowiedź na pytanie, czy mój post pojawił się tak późno z wyrachowania czy to zwykłe spóźnialstwo, zostawiam Wam.

To był mój pierwszy raz, byłam więc bardzo podekscytowana, a emocje rosły na długo przed wyjazdem. Decyzję o tym, że chcę/muszę w końcu tam być, i że Matce Polce też się coś od życia należy ;) podjęłam latem. Zawsze było za daleko. W tym roku Polska wcale się nie skurczyła, a ja wcale nie miałam nagle więcej czasu (choć fakt, odeszły mi studia), ale klamka zapadła. Kiedy we wrześniu zgłosiłam się po blogerską wejściówkę i otrzymałam pozytywną odpowiedź, od razu wzięłam się do organizowania wyjazdu. 

I wtedy, mniej więcej w tym samym czasie, wydarzyły się dwie inne rzeczy. 

1. Ruszyłam z moją autorską akcją promująca czytelnictwo - Woluminy. Głos książki (szczegóły - KLIK)
2. Otrzymałam propozycję poprowadzenia warsztatów dla dzieci w trakcie targów od Poczty Książkowej, a konkretnie od pracującej w niej Uli Witkowskiej, z którą miałam okazję i przyjemność współpracować już przy innych projektach.

- wspólna fota z reprezentacją Poczty Książkowej nie chce się wczytać :(

Edit. 13.11.2016: Internet łaskawie u mnie działa. Fotka już jest. Prawda, że jesteśmy piękne ;) Ale brak Marysi, bo oczywiście ktoś tę fotę musiał zrobić.




Mogło być lepiej? Taki debiut na Targach?

Korzystając z powrotu Internetu schowam swoją pokorę do kieszeni i tak tylko wrzucę zdjęcie targowej gazetki, czy też internetową rozpiskę ;)





No więc, jak było? Ogólnie fantastycznie i cudownie, z kilkoma ale. Od nich zacznę, żeby potem było już tylko miło i przyjemnie.

Targi - organizacja

W sobotę około 10-tej wysiadłam z krakowskiego tramwaju i razem z tłumem ludzi popłynęłam w stronę Hali Expo. Tam przywitała mnie niemała kolejka (w porównaniu do późniejszych okazało się, że jednak maluteńka). W każdym razie pierwsze wrażenie cudne - Polacy nie czytają książek? Dobre sobie. To po co ci ludzie tu przyszli, po marchewkę? 
Potem nie było już tak sympatycznie, przepychanki słowne między czekającymi a porządkowymi, którzy przestawiali ludzi z kolejki z miejsca na miejsce, bo tu blokują przejście, tu przejazd, a tam jeszcze coś innego. Cóż, jakby porządkowi pilnowali porządku, to by nie było bałaganu. Więc oprócz przepychanek były też upychanki w kolejce, to w jednej (tej dla wszystkich), to w drugiej (dla blogerów, autorów, w ogóle VIP, ale szła wolnej). Niemniej, co mnie najbardziej ucieszyło to fakt, że nie było żadnego "Pan tu nie stał". Czasem z zniesmaczoną miną, czasem z nerwem na ochronę, czasem z płaczącym dzieckiem na ręku, ale wszyscy ładnie czekali na swoją kolej.
Jak dla mnie to schody zaczęły się po wejściu. Żeby było jasne, nie liczyłam na szczególne traktowanie z powodu blogerskiej wejściówki, wszak blogerów jak mrówków. Nie chciałam lansować się na blogerską plakietkę, ale zdecydowanie taka by się przydała. Albo papierowa bransoletka, stempel jak w dyskotece. Przerwany bilet w kieszeni chociaż. Ale nie. Okazuje się, że jak wejdę na teren targów o 10.00 to albo zostaję tam do 19.00 albo wyjdę i moja magiczna wejściówka traci swą moc, a konkretnie zabierali mi ją i nie mam żadnego potwierdzenia, że takową miałam. I nawet nie to mnie zirytowało, tylko fakt, że nie miał kto rozwiać moich wątpliwości.
Na pytanie o możliwość wyjścia na zewnątrz otrzymałam kilka odpowiedzi w następującej kolejności: wybałuszone oczy, wzruszenie ramion, "chwileczkę" (!) "nie wiem", "chyba nie, ale zapytam koleżanki", aż  wreszcie upragnione, (bo ostateczne), definitywne i lakoniczne: NIE. Czyli jeść mogę tylko w restauracji na terenie Expo, a tam kolejki jak do autorów po autografy.... O podróżowaniu między Targami a Festiwalem Conrada, do czego zachęcało Miasto Kraków nie wspomnę. I nie, nie chodzi mi o bezpłatne przejazdy komunikacją miejską, na to się nie rzuciłam, nie mam żalu, że promocja dotyczyła biletów na poszczególne dni. Kupiłam sobie 48-godzinny bilet na transport publiczny za 12 złotych i żyję. Ale brak możliwości opuszczenia hali to jakaś porażka. Nie wiem jak to wyglądało w przypadku biletów zakupionych w kasie. No, chyba że tak wcale nie było, tylko pięć osób,  z którymi rozmawiałam nie miało o tym pojęcia...
Naprawdę nie chcę się czepiać i rozumiem, że na bramkę stawia się ochroniarzy, ludzi z zewnątrz itp., ale ja nie oczekiwałam od nich znajomości biografii mojego ulubionego autora czy informacji o nowościach wydawniczych (to znajdę w gazetce). Jednak skoro ich zadaniem jest wpuszczenie ludzi i sprawdzanie biletów, to chyba powinni coś o tym wiedzieć. Taka mała irytacja na początek. Niezbyt komfortowe było także przeciskanie się między stoiskami. Tłumy na targach książki radują oko, ale sytuacja, kiedy trzeba czekać w kolejce - nie do autora, ale po to żeby przejść od stoiska do stoiska, bo nie ma się gdzie ruszyć - studzi entuzjazm. To więc punkty do poprawy, bo ogólnie - wiadomo, świetna impreza. I życzę kolejnych edycji.


Targi - książki, autorzy, spotkania, wrażenia

Oglądaliście film Kac Vegas, a konkretnie jego drugą cześć Kac Vegas w Bangkoku? Padły tam mniej więcej takie słowa: Wciągnął go Bangkonk. Czyli przepadł. Mnie tak właśnie wciągnęły targi czy też Hala Expo. Pierwszego dnia (a dla mnie była nim sobota) w ogóle nie ogarniałam, co się dzieje. Miałam rozpiskę listę autorów i stoisk, które chcę odwiedzić. Tylko najpierw chciałam się rozejrzeć. Obeznać z terenem. Sprawdzić co w hali Wisła, a co w hali Dunaj piszczy, jakie wydawnictwa są przy części A, a jakie przy B. No i tak mi zeszło, że zaraz musiałam szykować się do prowadzenia warsztatów, zaplanowanych na 13.00. Rozumiecie, był stres. Co będzie, jak nikt nie przyjdzie. A co będzie jak jednak przyjdą? I takie tam...
Skończyło się ciut po 14.00 i wtedy zgłodniałam, więc udałam się do polecanego baru na górze. Co mi zajęło godzinę z hakiem. Potem przez jakieś 30 minut stałam w kolejce do Remigiusza Mroza, która przysięgam ani drgnęła. A że byłam niemal na końcu, postanowiłam, że lepiej jutro. Polowałam też na Katarzynę Bondę i podobnie jak na Literackim Sopocie (relacja - KLIK) chciałam nabyć jej "Maszynę do pisania". I musiałam do Krakowa pojechać, by dowiedzieć się, że nakład jest wyprzedany i jak coś to próbować w sieci. Więc już całkiem wyluzowałam. Zajęłam się szukaniem książki dla córeczki. I tak trafiłam na panią Barbarę Wicher. Kupiłam książkę pt. "Przygody roztargnionej czarownicy" z dedykacją dla Łucji. Dodatkowo wbiłam tam pieczątkę ex libris od Radia Kraków. Przy ich stoisku nagrałam także na płytę bajkę dla moich córeczek. A dokładnie Stefka Burczymuchę. I tak spacerując powoli między stoiskami minęła mi sobota. Mój pierwszy w historii dzień na Targach Książki w Krakowie.

W niedzielę natomiast popracowałam nad organizacją czasu i oto efekty:

Remigiusz Mróz

W sobotę odpuściłam, w niedzielę nie mogłam. Poza tym miałam zamówienie od Czytalskiego i musiałam wypełnić obietnicę ;) Byłam prawie na początku kolejki.

Kogoś rozbawiła tu nazwa mojego bloga...



Więc ktoś walnął focha ;P

No dobra, sztama :)


Szczepan Twardoch - kiedy zaczął podpisywać książki, ja już stałam w kolejce do Mroza. Z nadzieją, że jeszcze tu zdążę. No i masz. Udało się!





Nie ruszając się niemal, bo przy tym samym wydawnictwie, czekałam na Olgę Tokarczuk Ha! Byłam pierwsza w kolejce. Pierwsza. Niestety, tego dnia pani Olga nie miała ochoty na wspólne fotografie. Co rozumiem i szanuje. Ale "Prawiek" podpisany mam? Mam!





Olga Rudnicka - rozśmiesza swoimi komediami kryminalnymi do łez. A ja kocham i tęsknię nie za zabawną książką, a mrocznym kryminałem, takim jak "Lilith". Powiedziałam autorce o mojej tęsknocie... Ta smutna chwila została zarejestrowana ;)






Sylwia Chutnik - uwielbiam jej felietony. Byłam na spotkaniu autorskim w Elblągu, ale poszłam na nie tylko z plastikowym pieniądzem, a przyjmowali wyłącznie papierowe. Więc książki ani autografu nie zdobyłam. Tym razem rach- ciach. Zakup, wpis, ekspresowa pogawędka, fotka I tu, uwaga, byłam ostatnia. Taki fuks.



No i wreszcie! Co tam pisarze, autorzy ;) Blogerów się spotyka. To jest fejm. Choć dostawałam oczopląsu w poszukiwaniu znanych z sieci twarzy, mignęła mi tylko jedna. Ale za to aż dwa razy i jeszcze miałyśmy okazję razem poczekać na Olgę Tokarczuk.
Esa - dzięki za pogawędkę, miło było Cię poznać w realu.
Na sam koniec niedzieli mignął mi Tramwaj nr 4, ale moje dziewczyny z Poczty Książkowej właśnie spóźniały się na pociąg, w czym im pomagałam, więc nie było czasu na słit focie i tłumaczenie jednemu z najbardziej znanych blogerów książkowych, że jest ktoś taki jak Szufladopółka ;)
Intensywnie szukałam też Awioli z Subiektywnie o książkach - idolki mej, ale niestety. Następnym razem mi się nie wymkniesz, Wioleta!




I tyle.


Warsztaty

Warsztaty wspomniałam już w osobnym poście. Kilka słów i trochę więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ.

Kraków

W niedzielę o 17.46 pomachałam mknącym w Pendilino dziewczynom z Poczty Książkowej. Mój pociąg był o 21.28 i nie miałam ochoty tych prawie czterech godzin spędzić na dworcu. Ruszyłam na nocny Kraków. Walizka w przechowali bagażu, a ja powoli podziwiając miasto wyruszyłam po małe prezento-pamiątki dla najbliższych. Po drodze podziwiając architekturę, sztukę i intrygujące miejsca, które tym razem mogłam podziwiać tylko z zewnątrz. 
A tu takie kwiatki...












W Sukiennicach znalazłam coś dla moich kochanych córeczek.




Jak Kraków to Lajkonik :) Albo chociaż konik, koniecznie drewniany. To zabawka dla Oliwii, uwielbia się nim bawić. Starsza Łucja, od jakiegoś czasu wypatruje wróżki Zębuszki. Co prawda jeszcze żaden ząb nie chce ruszyć się ze swojego miejsca, ale nigdy nie wiadomo. Trzeba być przygotowanym. Kupiłam jej więc pudełeczko na mleczaka.
A dla mężusia coś słodkiego. Mamy taką swoją historię związaną z paluszkami w czekoladzie :) Ich krakowskim odpowiednikiem jest czekolada z precelkami. Idealna. A jaka pyszna.

-- fotka też się nie wczytuje --- uzupełnię, obiecuję ;)
Edit 13.11.2016. No i jest.  Moje wszystkie targowo-krakowskie zdobycze:



Zakupiona w Krakowskiej Manufakturze Czekolady. Nabyłam tam jeszcze czekoladowe łyżeczki do mieszania mleka dla Łucji i mojej siostrzenicy oraz po symbolicznej pralince dla mamy i siostry.



I tyle wspomnień, jakby nie było - raczej słodkich. I nie wiem czy będę tam za rok, więc bez deklaracji. Ale przyjdzie wiosna, cieplej będzie, Warszawa jakby bliżej....

poniedziałek, 7 listopada 2016

To, co czytam: Narodziny Gubernatora. Robert Kirkman, Jay Bonansinga

Wstępniak:

Zombie to najgłupszy z możliwych motywów w literaturze, kinie, popkulturze. Serio, długo tak myślałam. Na posilające się ludźmi potwory reagowałam z taką awersją, z jaką większość ludzi reagowała na wampiry po pojawieniu się "Zmierzchu". Moja siostra ma jednak dar przekonywania (albo ja słabą wolę ;)) i namówiła mnie na oglądanie serialu The Walking Dead. Opowiadała, że oczywiście zobaczę tam żywe trupy zjadające jeszcze bardziej żywych ludzi, ale że to w sumie nie o to chodzi. Że to takie tło tylko. Istotą jest przetrwanie w nowym świecie. Przekonywała mnie, że to serial o funkcjonowaniu ludzi po upadku cywilizacji. Cóż, tak się składa, że postapo, to już jakby bardziej moje klimaty. I nie robi mi różnicy czy ludzkość zdziesiątkował kataklizm, kosmici, epidemia eboli czy Szwędacze... No więc zaczęłam. to było w 2012, a teraz odliczam dni od poniedziałku do poniedziałku (nowe odcinki na Fox o 22.00), cierpiąc katusze w przerwach między sezonami. I chociaż serial opiera się na komiksie - nie czuję tej formy, więc nie sięgnęłam po pierwowzór. Ale na książkę ostrzyłam zęby już dawno. I tak zdobyłam ją w ramach blogowej akcji wymiany książek Przeczytaj&Podaj dalej. Wymieniałam się z Anią z http://nieidealnaanna.com/




Opis/fabuła:

Na początku był przełomowy i świetnie oceniany komiks…

Potem pojawił się rewelacyjny serial…

„Najlepsza nowość w telewizji.”
-- Entertainment Weekly

Aż w końcu przyszedł czas na pierwszą z serii powieści opowiadających historię kultowych postaci z uniwersum The Walking Dead.
Gubernator. Ten rządzący Woodsbury despota znany jest z własnego, chorego poczucia sprawiedliwości: w jej imieniu zmusza więźniów do walki z zombie ku uciesze miejscowych, a tym, którzy wejdą mu w drogę, odcina ręce i nogi. Kiedy tylko pojawił się w komiksowym cyklu Żywe trupy, został okrzyknięty przez magazyn Wizard "Złoczyńcą roku", a jego postać do dziś wzbudza wśród czytelników kontrowersje.

Nadszedł czas, by sięgnąć do korzeni. Dzięki książce, którą trzymasz w ręku, dowiesz się, jak Gubernator stał się tym, kim jest, jak trafił do miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzeli go fani serii, i co sprawiło, że wykurzył Ricka i jego towarzyszy z ich bezpiecznej przystani.

Wybierz się w podróż po świecie, gdzie człowiek musi walczyć nie tylko o swoje życie, ale i duszę. Stań na krawędzi przepaści, na której dnie spoczywa ludzkość. Zobacz, jak powstaje legenda. Bądź świadkiem narodzin Gubernatora. 

źródło: opis wydawcy. Wydawnictwo Sine Qua Non 



Opinia:

Po nieco przydługim wstępie i równie obszernym opisie, czas na opinię. Choć o samych wrażeniach zbyt dużo do powiedzenia nie mam. To książka na jeden szybki kęs. Czyta się ekspresowo, prosty język, męski styl. Nie uświadczycie tu kilkustronicowych opisów scenerii ani traktatów filozoficznych o stanie ludzkiej duszy. Co w sumie dziwi, bo zważając na to, co ujęło mnie w serialu, a więc zachowania ludzkie oraz fakt, że sceneria jest raczej niecodzienna, postapokaliptyczne, wyludniałe, opanowane przez zombie Stany Zjednoczone - powinno być tego więcej. 
Trzeba przyznać, że takie wywody nie pasowałyby do fabuły - jest treściwie. Szybko i na temat. Z drugiej strony książka miała nam przecież wyjaśnić dlaczego gubernator stał się taki, jakiego znamy go z serialu. Bezwzględny i bezlitosny. Tego dowiadujemy się z akcji, bo tej z kolei nie brakowało. Autorom udało się stworzyć (czy z mojego punktu widzenia - zachować) nastrój. Był strach o to, co wyskoczy zza rogu, co się wydarzy w kolejnym akapicie. Za akcję i fakt, że bałam się własnego oddechu daję kilka ładnych punktów.
Jednak, jeśli chodzi o Gubernatora, no niby się dowiedzieliśmy, ale...
No właśnie pierwsze "ale" - element zaskoczenia, którzy zaplanowali autorzy wcale nie był taki zaskakujący. I drugie"ale". Tak, Gubernator przeżył sporo - jak większość ocalałych, każdy kogoś stracił, każdy był świadkiem strasznych rzeczy. Nie jestem pewna czy na etapie kiedy poznajemy gubernatora w serialu ekipa Ricka nie była po takich samych przejściach (choć fakt, tak naprawdę dostają w kość w sezonach 3+). Niemniej, doświadczenia Gubernatora nie są dla mnie usprawiedliwieniem jego zachowań. Choć trafia do mnie jedna ewentualność - całkowicie mu odje..., tzn. całkiem zwariował. Ale żeby to wiedzieć nie musiałam czytać książki. Co nie znaczy, że żałuję, że ją przeczytałam. W życiu. I po "Drogę do Woodbury" też zamierzam sięgnąć.

Książkę polecam fanom serialu jako materiał zastępczy, na przykład na przerwę między sezonami, po organizacji maratonu od pierwszego odcinka, jeśli wciąż będziecie na głodzie. Ale uwaga, nie da się tym delektować, to fast food raczej ;) Czyta się szybko, jest obrzydliwie smakowity, ale chyba dość szybko się zapomni. Lub jak kto woli, głód szybko da o sobie znać.

Moja ocena: półka 
Tradycyjna ocena: 6,5/10

niedziela, 6 listopada 2016

To, co czytam: Literat. Agnieszka Pruska

Wstępniak:

Jadlina, Gołąb, Więdzik, Krupa, Prokosz, Faja - proszę Państwa oto drużyna Barnaby Uszkiera. Rozwiążą każdą zagadkę kryminalną. I to bez wychodzenia z komendy.
"Literat" to debiutancka książka Agnieszki Pruskiej, rozpoczynająca serię kryminalną z Barnabą Uszkierem i jego zespołem. Sięgnęłam po nią, bo zaciekawił mnie tytuł i miejsce akcji - Trójmiasto. I chyba na tym kończą się plusy. 

Fabuła:

Dzień dobry, znalazłem mumię!
Wczesnym rankiem samotny biegacz pokonuje codzienną trasę między Sopotem a Gdańskiem. W wykopie przy ulicy Hallera niespodziewanie dostrzega siedzącą postać. Zaintrygowany zbliża się do niej, by z przerażeniem odkryć, że ma przed sobą mumię. Jak się okaże, znalezienie zwłok to dopiero początek serii makabrycznych zdarzeń.

W szranki z psychopatycznym seryjnym zabójcą staje komisarz Barnaba Uszkier. W pogoni za mordercą będzie musiał też poznać się z członkami pewnego Klubu Miłośników Kryminałów…


źródło opisu: wydawca, Oficynka




Opinia:

Będę się musiała naprawdę mocno postarać, by napisać coś pozytywnego o tej książce. Nie, żeby od razu była beznadziejna, ale jest tak przeciętna, że bardziej już chyba nie można. Rozumiem, że to debiut, ale - no właśnie - to też od razu widać.

Autorka miała jakiś tam pomysł (choć powielony oczywiście, czy też lekko zmodyfikowany, ale umówmy się w kryminale ciężko o coś nowego i to akurat wybaczam), jednak moim zdaniem zbyt szybko zdecydowała się na jego realizację.  Pierwszy raz recenzja przyjmie u mnie taką formę, ale nie mogę się powstrzymać, muszę wypunktować, co i dlaczego mi się nie podobało:

  • Zacznijmy od akcji - jeden wielki dzień świstaka. Co kilka stron mamy odtwarzany ten sam schemat: Uszkier spotyka się z zespołem, policjanci zdają relację z postępów w śledztwie (których brak), następuje rozdzielenie zadań na kolejny dzień i wizyta Uszkiera na dywaniku u szefa. A potem.... poranna odprawa i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...
  • Miejscem akcji jest więc głównie komenda policji, a samą akcją przekazywanie sobie ustaleń. Narrator jest trzeciosobowy, ale akcja skupia się wokół działań Uszkiera, reszty dowiadujemy się z relacji. Bywają wyjątki, ale jest ich tyle, co kot napłakał i pojawiają się po raz pierwszy może w połowie.
  •  Bohaterowie -  Jedyne co mnie zaskoczyło, to fakt, że Uszkier nie jest "moim typowym bohaterem" (KLIK). Agnieszka Pruska nawet żartuje sobie się z tej instytucji ;) 
"Bo ludzie mają takie wyobrażenie: policjant powinien być alkoholikiem, rozwiedzionym, najlepiej spłukanym albo skorumpowanym" s. 16

  • I tyle pozytywnego. Niby przy sprawie pracuje wiele osób, ale chyba tylko po to, by było kogo obdarować tymi dziwnymi nazwiskami, bo ani nic nie wnoszą, ani nie są ciekawi, ani różni. W ogóle nie są rozbudowani. Warto zaznaczyć, że charakterystyczne nazwiska noszą także  ofiary, świadkowie i w ogóle prawie każdy kto się w książce pojawia (np. Mięsko, Gomorek). Naprawdę nie wiem, czemu miał służyć ten zabieg.  Postaci jest zdecydowanie za dużo, są bezpłciowe, więc się mylą i wprowadzają niepotrzebny zamęt. Natomiast umieszczenie kobiet w zespole śledczym, które podejrzewam pojawiły się tam z racji poprawności politycznej, przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Pojawiająca się co jakiś czas na stronach powieści Ania Więdzik zajmuje się gównie robieniem kawy, ewentualnie przynoszeniem obiadów. To chyba tak w imię walki ze stereotypami...

  • Dialogi/język/styl - czytaliście kiedyś kryminał, w którym policjanci rozmawiają ze sobą jak na niedzielnym obiadku u babci? Ciągła wymiana uprzejmości, głaskanie podwładnych, zwracanie się do przełożonego z podziwem w głosie i mówienie o nieobecnych z namaszczeniem... Przepraszam za to stwierdzenie, ale rzygam tęczą. Żeby sobie glina od czasu do czasu siarczyście nie przeklął? Albo nie pozwolił na sprośny, a nawet prostacki żarcik? Taki przykład: przychodzi do nich nowy pracownik. Świeżak i to jeszcze nazywa się... Faja. Aż się prosi o komentarz starszych stażem kolegów, ale u Pruskiej zero reakcji, ewentualnie coś w stylu: miło nam poznać szanownego kolegę...
  • Zakończenie - cóż zwrotów akcji w trakcie nie było. Nie nastawiajcie się więc na wbijające w fotel zakończenie.

Podsumowując, autorka tak bardzo chciała stworzyć kryminał inny niż wszystkie, że pozbyła go cech, które w kryminale muszą się znaleźć, a dorzuciła do niego te, które w takim gatunku nie mają prawa się sprawdzić.  Jakieś plusy? W drugiej połowie jakby się rozkręciła, bohaterowie czasem wychylili nos spoza biurek, ale to zdecydowanie za mało, by książkę uznać za choćby taką sobie.

Barnaba Uszkier doczekał się kontynuacji swoich przygód, nawet wypożyczyłam z biblioteki od razu dwie części.  Wierzę, że skoro przy końcówce coś drgnęło, to kolejna jest lepsza. Ale wiecie jak jest... Tak dużo książek, tak mało czasu. Może, jeśli mój stosik to przeczytania w jakiś magiczny sposób zniknie, to sięgnę po "Hobbystę". Na razie nitekniętego odniosę go do biblioteki.


Ocena tradycyjna 3/10
Moja ocena: karton